- Dlaczego z klienci banku z ofiar oszustwa stali się współwinnymi przestępstwa?
- Jakie są wyroku w sprawie byłych pracownic Banku Pocztowego w Tczewie?
Dramat pana Jerzego, 75-letniego emeryta z Tczewa, rozpoczął się, gdy niespełna pięć lat temu postanowił wyremontować swoje skromne mieszkanie. Zaciągnął na ten cel w lokalnej placówce Banku Pocztowego pierwszy w życiu kredyt w wysokości 20 tysięcy złotych.
- Spłacałem wszystko uczciwie. Ale zadzwonił do mnie pracownik banku, że mam szybko przyjechać, że jestem potrzebny do podpisu. Uznałem, że ludzie w banku są uczciwi i mówią co podpisać, a co nie – opowiada pan Jerzy.
Myślał, że podpisuje formalne dokumenty
W ciągu trzech lat spłaty kredytu, emeryta w sumie wzywano do placówki banku trzykrotnie. Za każdym razem podpisywał techniczne – według zapewnień pracownic – dokumenty. Pan Jerzy zaniepokoił się jednak, kiedy po pewnym czasie otrzymał z centrali banku upomnienie.
- To było zawiadomienie, że dlaczego nie spłacam innego kredytu. I wtedy z tym pismem, z upomnieniem, udałem się do banku, tam, gdzie te pieniądze wziąłem. Wchodzę do banku, patrzę, a tych pracownic już nie ma. Zatrudniono nową ekipę. Od tych pracowników dowiedziałem się, jakie mam fałszywe kredyty. Wzięto na mnie 57 tys. zł – opowiada mężczyzna.
Afera w tczewskim oddziale Banku Pocztowego
Afera w tczewskim oddziale Banku Pocztowego wybuchła, gdy okazało się, że trzy pracownice placówki masowo oszukiwały klientów, biorąc na ich konto kredyty. W ciągu kilku lat ich ofiarą padło około 50 osób; suma fałszywych kredytów to aż 5 mln zł.
- Zostały przedstawione im zarzuty popełnienia przestępstw polegających na wyłudzeniu kredytów. Grozi im do dziesięciu lat pozbawiania wolności – mówi Mariusz Duszyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Redakcja Uwagi! zajęła się sprawą, gdy okazało się, że bank zażądał spłaty kredytów nie od swoich pracownic, które w praktyce przywłaszczyły pieniądze, lecz od oszukanych klientów.
- Podpisywałem, a te pracownice same brały pieniądze. Nie dostałem ich nigdy – mówił w 2024 roku pan Lech, jeden z bohaterów naszego reportażu.
Klientów Karoliny N., Justyny H. i Magdaleny C. można podzielić na co najmniej dwie grupy.
Z jednej strony byli to ludzie, którzy świadomie podpisywali dokumenty kredytowe chcąc pomóc pracownicom banku w wyrobieniu norm sprzedaży lub licząc na niewielkie zyski z zainwestowania przez znające się na finansach kobiety pieniędzy z kredytu.
- One mówiły, że będą to spłacać. A ja miałem dostawać 400 zł, ale regularnie tego nie było – mówił pan Lech.
Z drugiej strony są ludzie tacy jak pan Jerzy, którym bankowe oszustki wmawiały, że podpisywane przez nich dokumenty dotyczą wyłącznie spraw technicznych. Ludzie ci nie mieli żadnej świadomości, że oszustki w ten sposób biorą na ich konto kredyty, a mimo to zostali potraktowani przez bank jak współwinni oszustwa.
Bank Pocztowy pozwał o spłatę kredytów wszystkich klientów oszustek z placówki w Tczewie. Dziś, po trzech latach, część procesów dobiegła końca.
- Jedna pani sędzina kazała mi to wszystko z miejsca spłacić, dlatego za namową prawnika zdecydowałem się na upadłość konsumencką – mówi pan Andrzej.
- Oszustki nie mają z czego zapłacić. Nie ma na to perspektywy, żeby w realny sposób spłaciły należności – mówi Mariusz Liegmann, pełnomocnik pokrzywdzonych. I dodaje: - Niestety, zwykłego człowieka okazuje się, że można pociągnąć do płacenia, w szczególności emeryta, który ma zapewniony stały dochód.
W lutym pan Jerzy wygrał swoją sprawę w sądzie.
- Stwierdzono, że było to oszustwo – mówi mężczyzna.
Wezwanie do prokuratury w charakterze podejrzanego
Wydawać by się mogło, że sądowa wygrana z bankiem oznacza dla pana Jerzego zakończenie sprawy popełnionego na jego szkodę oszustwa. Nic bardziej mylnego: niedawno emeryt otrzymał wezwanie na przesłuchanie do gdańskiej prokuratury.
- Mam się stawić w charakterze podejrzanego. Zrobili ze mnie złodzieja. Że ukradłem te pieniądze i z nimi uciekłem – oburza się pan Jerzy.
Podobne wezwania do stawienia się w charakterze podejrzanych otrzymali w ostatnim czasie z prokuratury niemal wszyscy klienci oszustek z Banku Pocztowego. Dlaczego prokurator uznał ofiary za współwinnych przestępstwa?
- Występując o kredyt, część tych osób, znaczna część tych osób, np. podawała nieprawidłowe oświadczenia związane z uzyskiwanymi zarobkami i te osoby tak uzyskiwały kredyty – tłumaczy prokurator Mariusz Duszyński. I dodaje: - Tym osobom prokurator przedstawił zarzut współdziałania, czyli dokonania oszustwa. Przestępstwo oszustwa zagrożone jest karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
- Jest jeszcze jedna grupa ludzi i to są oszukani, którzy nie mieli pojęcia, że biorą kredyt. To są sprawy, które sąd cywilny w Tczewie już rozpatrywał, częściowo wyroki są prawomocne i wskazują, że byli oszukani. A pani prokurator prowadząca to śledztwo chce tym ludziom stawiać zarzuty. Dlaczego? – dopytywał prokuratora Tomasz Patora, reporter Uwagi!
- Jeżeli w trakcie postępowania zgromadzony materiał dowodowy wskazuje na to, że w toku tego postępowania zachodzi konieczność przedstawienia innym osobom zarzutu, każdy prokurator, który prowadzi postępowanie przygotowawcze, ma prawny obowiązek przedstawić taki zarzut – stwierdza prokurator Mariusz Duszyński.
- Z ludzkiego punktu widzenia jest to bardzo krzywdząca decyzja. Niesamowicie krzywdząca osoby, które przekształciły się z roli osób pokrzywdzonych, które w swojej świadomości liczyły na to, że chronią je organy państwa, w sprawców przestępstw – mówi adwokat Mariusz Liegmann.
- Wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym. Cały czas jestem na lekach psychotropowych, żeby się jakoś trzymać, żeby żyć. Mam dzieci i wnuki. Komornik siedzi na mojej rencie, nie mam z czego płacić, a tu jeszcze pojawia się prokuratura – mówi zrozpaczona Małgorzata Radtke.
Oszustki z banku przebywają na wolności i czekają na proces. Zostały zwolnione z pracy i prawdopodobnie wyjechały z Tczewa. Rzecznik Banku Pocztowego nie chciał się spotkać z nami przed kamerą, zasłaniając się „dobrem śledztwa”.
- Tak nie można postępować z ludźmi. Prosimy o sprawiedliwość, bo naprawdę jesteśmy niewinni – podkreśla pani Małgorzata.
- Moje sumienie jest czyste i dlatego daję sobie z tym radę – mówi pan Jerzy.
Mężczyzna do dziś wyrzuca sobie, że nie wykrył zastawionej na niego przez bankowe oszustki pułapki. Kiedy wezwały go do podpisania dokumentów, opiekował się ciężko chorą mamą i myślał tylko o niej.
- Opiekowałem się mamą przez 12 lat, dlatego byłem cały czas przejęty mamą, żeby jak najszybciej do niej wrócić. Mama była moim skarbem, oszlifowanym diamentem. Człowiek nie był czujny, a chcą zrobić z niego złodzieja – ubolewa pan Jerzy.