- Kto ucierpiał w wypadku na S10 koło Stargardu?
- Jaki wyrok grozi sprawcy wypadku na S10 koło Stargardu?
Bardzo drogi i szybki samochód, ekstremalna prędkość i śmierć niewinnego człowieka. Okoliczności dramatu na trasie S10 nie są jednak tak oczywiste, jak w przypadku innych drogowych przestępstw.
Czy Adrian K., kierowca i bezpośredni sprawca wypadku, to kolejny typowy drogowy szaleniec?
- Kierowca zbiegł z miejsca zdarzenia. W niecałą godzinę został przywieziony do Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie i wówczas został zatrzymany – mówi Julia Szozda z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.
- Pasażer pojazdu, będący właścicielem tego samochodu, pozostał na miejscu zdarzenia i tam został zatrzymany przez policję. Miał ponad 2 promile alkoholu w wydychanym powietrzu – dodaje prok. Julia Szozda.
Okoliczności wypadku na S10
We wtorek 6 października było już ciemno, 67-letni Andrzej Noga z żoną Mariolą wracali drogą ekspresową S10 ze Szczecina do domu w Drawsku. Jechali przepisowo, gdy nagle na wysokości węzła Kobylanka w tył ich toyoty uderzyło pędzące blisko 271 km/h elektryczne bmw xm.
Ciężko ranną pasażerkę toyoty przewieziono do szpitala, jej mąż - kierowca – zginął na miejscu.
- To był szok, Andrzej miał jeszcze tyle marzeń. Wiecznie coś robił – mówi zrozpaczona pani Zofia, siostra ofiary wypadku.
- Nigdy mu uśmiech nie schodził z buzi. Wybudował sobie nowy dom. Miał piątkę wnuków, dwoje dzieci. Był szczęśliwym ojcem. Mógł żyć. Oby ciocia z tego wyszła. Jej stan, choć jest stabilny, określany jest jako ciężki – mówi pani Barbara, krewna ofiary.
- Przez lata pomagał ludziom, ratował ich życie, a jego nie udało się uratować – ubolewa kobieta.
Pan Andrzej poświęcił życie pracy w pogotowiu
Zmarły Andrzej Noga przez blisko pół wieku pracował w miejscowym pogotowiu jako kierowca i ratownik medyczny.
Z relacji jego bliskich wynika, że kochał swoją pracę, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że wciąż, mimo emerytury, kilka razy w miesiącu wsiadał do ambulansu.
- Cztery lub pięć razy w miesiącu służył w karetce jako kierowca. Przewoził między szpitalami ludzi, to były tak zwane przewozy medyczne. To był dobry, empatyczny człowiek, który bardzo dbał o zdrowie i bezpieczeństwo rodziny – podkreśla pani Barbara.
Ważące blisko trzy tony bmw rozpędzone do ogromnej prędkości uderzyło w toyotę z tak wielką siłą, że pan Andrzej – według policji - został dosłownie wyrwany z zapiętych pasów bezpieczeństwa.
- Tragedia straszna. Ale ja nie mogę powiedzieć złego słowa na temat Adriana. I nie powiem. Nawet po tym, co się stało – podkreśla pani Milena, przyjaciółka Adriana K.
Kim jest Adrian K., kierowca bmw?
Znajomi kierowcy bmw mówią o nim w superlatywach. Adrian K., mieszkaniec Stargardu, opiekował się nastoletnim synem, a cały wolny czas poświęcał na budowę domu, który stawiał własnym sumptem.
- Adrian z zawodu jest spawaczem, pracuje w Danii. Zwykły robotnik. Ma tylko citroena „chrupka”. Nigdy nie wyjeżdżał spod domu z piskiem czy dużą prędkością – podkreśla pan Piotr, sąsiad Adriana K.
- Nigdy nie słyszałam, żeby lubił prędkość, czy w ogóle, że interesuje się motoryzacją. To było dla mnie zaskoczenie. 270 km/h? Podejrzewam, że to było napędzanie przez drugą osobę – ocenia pani Milena.
- 43-letniemu Adrianowi K. towarzyszył 45-letni Marcin P., miejscowy deweloper. To on, jak się później okazało, nagrywał telefonem szaleńczy rajd i poganiał kierowcę, by jechał jeszcze szybciej – mówi reporter Uwagi! Tomasz Patora.
- Oni później te nagranie na pewno puściliby w obieg – oburza się siostra ofiary wypadku.
- Kierowca pojazdu odmówił składania wyjaśnień i stwierdził, że się nie przyznaje. Jeżeli chodzi o pasażera, to również nie przyznał się do winy. Stwierdził, że to nie on kierował pojazdem, więc on nie powinien odpowiadać za ten czyn. Nie odnosił się do filmiku – mówi prok. Julia Szozda.
- Oni w ogóle nie myślą. Nie wiem, jak w takim wieku można żyć bez mózgu. Tylko kasa, szybkie samochody – denerwuje się pani Barbara.
Kary za szaleńczą jazdę
- Po tragedii na szosie S10 kolejny raz wraca pytanie o kwestię karania szalejących za kółkiem drogowych bandytów. Po rajdzie Sebastiana M. na autostradzie A1 koło Łodzi i strasznej śmierci trzyosobowej rodziny zaostrzono przepisy i za spowodowanie wypadku w wyniku rażącego przekroczenia prędkości grozi do dziesięciu lat więzienia. W przypadku sprawców tragedii na S10 kary mogą być jeszcze wyższe – zwraca uwagę Tomasz Patora.
- Aktualnie od stycznia bieżącego roku zmieniły się przepisy Kodeksu karnego i w takiej sytuacji, jak sytuacja podejrzanych, grozi kara pozbawienia wolności od pięciu lat do dwudziestu lat – mówi prokurator Julia Szozda.
- Miejmy nadzieję, że zapadnie sprawiedliwy wyrok. Według mnie powinni dostać dożywocie, a przynajmniej 20 lat. Dla zasady – podkreśla pani Barbara.
Reportaże Uwagi! można znaleźć na Player.pl >>>