Spędziła 46 godzin na SOR-ze. Nie żyje. „Wielokrotnie informowałem, że stan mamy się pogarsza”

Pani Maria
Zobacz dzisiejszą Uwagę!
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Pani Maria spędziła 46 godzin na SOR-ze w pomieszczeniu przypominającym schowek na szczotki. - Wielokrotnie informowałem, że stan mamy się pogarsza – mówi syn zmarłej kobiety.
W reportażu:
  • Pani Maria spędziła na SOR-ze 46 godzin. Kobieta nie żyje.
  • Sprawą śmierci pacjentki, która spędziła 46 godzin na SOR-ze zajmuje się prokuratura.

Pani Maria trafiła do szpitala z objawami odwodnienia oraz podejrzeniem zakażenia układu pokarmowego. Jadąc do szpitala, była osłabiona, ale przytomna. Rozmawiała logicznie z personelem i bliskimi.

- Fizycznie była zdrowa, kontaktowała. W sobotę miała urodziny, w niedzielę byli goście, rozmawiała z nimi, wypiła kawę – opowiada pan Bronisław, mąż pani Marii.

Spędziła na SOR-ze 46 godzin i 22 minuty

Kobieta od kilku miesięcy leczyła się onkologicznie, ale nie z tego powodu trafiła na SOR.  Czekając na szpitalnym oddziale ratunkowym na doraźną pomoc, czuła się coraz gorzej.

- Stan mamy cały czas się pogarszał. Czuła się coraz gorzej. Mama czekała dokładnie 46 godzin i 22 minuty – podlicza pan Artur, syn pani Marii.

Po śmierci pani Marii jej zrozpaczony syn postanowił przeanalizować działania pracowników szpitala. Ustalenia upublicznił w internecie.  

- Wielokrotnie próbowałem interweniować. Wielokrotnie informowałem ich, że stan mamy się pogarsza i że to mi się przestaje podobać, bo to już jest coraz gorzej. A lekarze głównie odpowiadali, że czekamy na przyjęcie na internę – podkreśla pan Artur.

Pani Maria wierzyła w polepszenie stanu zdrowia, podobnie jak jej bliscy, którzy, towarzysząc kobiecie, jednocześnie mieli okazję przyglądać się pracy personelu.

- Pytałem mamę: „Czy tak ci się poprawiło, że personel zdecydował odłączyć monitor?”. A wyglądało na to, że się nie poprawiło. Mama odpowiedziała: „Wiesz co, ten monitor całą noc piszczał”. Czyli w domyśle zgłaszał jakieś stany alarmowe. „A pielęgniarka w nocy go odłączyła” – przytacza pan Artur.

Pomieszczenie, w którym przebywała pacjentka

Pani Maria przebywała w ciasnym i dusznym pomieszczeniu, nazwanym przez szpital - separatką. W salce nie było okien, wentylacji, a także przycisku przywołania pomocy.

- Moim zdaniem to było pomieszczenie po byłym magazynie sprzętu. Świadczy o tym wiele rzeczy, między innymi obecność szafy na kotwę. Personel okresowo też tam zaglądał, po coś tam sięgał z tego pomieszczenia, coś odkładał – opowiada syn pani Marii.

- Tam nie było czym oddychać. Otwierałem drzwi na korytarz, ale jak przechodził ktoś z personelu, to zamykał drzwi – zaznacza mąż pani Marii.

- Myślę, że byłoby nawet lepiej, gdyby, jak to się czasami zdarza, pacjentka leżała na korytarzu. Byłoby jakieś powietrze. Może miałaby szansę kogoś poprosić o pomoc. A tam w zamknięciu nie było takiej możliwości – zauważa Magdalena Królak, opiekunka zmarłej kobiety.

- Pani Maria nie mogła się przewrócić na bok, nie mogła zmienić pozycji, nogi miała niesprawne. Jak ona miała sobie tam sama poradzić? – dodaje Magdalena Królak.

- Mama cały czas się skarżyła: „Oni w ogóle tu nie przychodzą, a ja tu cały czas wołam” – podkreśla pan Artur.

Mimo hospitalizacji pani Maria czuła się coraz gorzej, co sygnalizowała personelowi i swoim bliskim.

- Był nieustanny problem z wenflonem, który wypadał – mówi pan Artur.

Ostatecznie po 46 godzinach oczekiwania w izolatce kobieta trafiła na oddział wewnętrzny, a następnie na oddział intensywnej terapii, gdzie podjęto walkę o jej życie.

- Natychmiast podano płyny i leki – mówi pan Artur.

Niestety, próby ustabilizowania stanu zdrowia pani Marii nie powiodły się. Kobieta zmarła. W karcie zgonu zapisano, że bezpośrednią przyczyną śmierci był wstrząs septyczno-hipowolemiczny.  

- Gdyby trafiła na normalną opiekę, mogłaby jeszcze jakiś czas pożyć. Prawdopodobnie przyszło odwodnienie organizmu i zmarła – ocenia mąż pani Marii.

- Szpital nie przeprosił nas. Wysłał pismo, które jest kpiną. Wynika z niego, że nie mają sobie nic do zarzucenia – oburza się pan Artur.

Jak sprawę komentuje szpital?

Próbowaliśmy spotkać się z dyrekcją szpitala, aby zadać pytania dotyczące leczenia i warunków, w jakich pacjentka przebywała na SOR-ze.

- Ze względu na toczące się postępowanie w Prokuraturze Rejonowej Poznań-Grunwald szpital wojewódzki nie może zajmować żadnego stanowiska w przedmiotowej sprawie – odczytała Aneta Jałowiecka, zastępczyni dyrektora ds. administracyjnych Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu.

„Powinny zapalić się czerwone lampki”

O komentarz do sprawy poprosiliśmy niezależnych lekarzy. Ich opinia może wzbudzać głębokie zaniepokojenie co do sprawowania opieki przez pracowników szpitala nad pacjentką.

- Jeżeli przychodzi osoba z infekcją i z nieoznaczalnym ciśnieniem, to zapalą się wszystkie czerwone lampki i wszyscy przybiegają, bo można mieć do czynienia ze wstrząsem septycznym – mówi Ignacy Baumberg, lekarz z ponad 40-letnią praktyką w ratownictwie medycznym.

- Kluczem do wdrożenia działań na odpowiednim poziomie jest właściwa kwalifikacja pacjenta – dodaje ekspert.

Okoliczności śmierci pani Marii oraz możliwego błędu medycznego bada prokuratura. Jak dotąd nikomu nie przedstawiono zarzutów. Kluczowa będzie opinia biegłych, której oczekują śledczy. Niezależnie od toczącego się postępowania w prokuraturze sprawą zajął się także Rzecznik Praw Pacjenta.

Reportaże Uwagi! znaleźć można na Player.pl>>>

Autorka/Autor: wg
Reporter: Dorota Pawlak