Wypadek w szkole i lejąca się krew. Dlaczego dziecko nie otrzymało odpowiedniej pomocy?

Wypadek w szkole
Dlaczego dziecko nie otrzymało odpowiedniej pomocy?
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
7-letnia Lena podczas przerwy przewróciła się, upadła i uderzyła twarzą w ławkę. Zakrwawione dziecko nie trafiło ani do pielęgniarki, ani do szpitala. Dlaczego?
W reportażu:
  • Jak powinny wyglądać procedury po wypadku w szkole?

Do wypadku 7-letniej Leny doszło w jednej z będzińskich podstawówek. Dziewczynka podczas przerwy przewróciła się i upadając, uderzyła twarzą w ławkę.  

- Od nauczycielki dostałam telefon z informacją, że Lenka przewróciła się i ma rozciętą wargę. Zapytałam: „Czy mam odebrać dziecko ze szkoły?”. Powiedziała, że nie, że dzwoni tylko informacyjnie. Powiedziała, że było trochę krwi, bo to jest warga, czyli mocno ukrwione miejsce, ale sytuacja jest opanowana – przytacza pani Barbara.

- O to, czy mam odebrać dziecko, zapytałam dwa razy. Usłyszałam, że nie – podkreśla nasza rozmówczyni.

- Kiedy później przyjechałam do szkoły, byłam w szoku. Zobaczyłam, że zęby córki są wepchnięte, nie tak jak powinny być. I do tego ma ogromny krwiak w buzi, który był już fioletowo-czarny – opowiada pani Barbara.

7-letnia Lena była operowana

Matka zawiozła córkę na SOR, gdzie dziecko zostało przebadane. Okazało się, że uraz jest na tyle poważny, że dziewczynka dzień później była operowana.

- Podczas przyjęcia w szpitalnym oddziale ratunkowym wykonano tomografię komputerową, która wykazała przemieszczenie zębów siecznych w szczęce i odłamanie kolca nosowego przedniego, struktury, która podtrzymuje piramidę nosa – mówi prof. Piotr Malara, specjalista chirurgii szczękowo-twarzowej w Zespole Szpitali Miejskich w Chorzowie.

- Zabieg operacyjny polegał na przywróceniu prawidłowej pozycji zębów. Zęby zostały zaopatrzone poprzez nastawienie i ufiksowanie ich specjalnymi mikropłytkami tytanowymi z mikrośrubami. Kolec nosowy przedni został ufiksowany szwem kostnym – tłumaczy prof. Piotr Malara.

"Lena krwawiła na lekcjach"

7-latka po upadku odczuwała ból. Nie mówiła o tym nikomu, ale koleżankę z ławki prosiła, by przyjechała po nią mama. Dziewczynka miała to także przekazać nauczycielce.

- Córka opowiadała, że krwawiła przez kolejne lekcje. Brała chusteczki i przykładała do buzi, jak była zakrwawiona to pani kazała jej wyrzucać do kosza i brać nowe. Nie zaprowadziła jej do pielęgniarki czy nie wezwała pogotowia – zaznacza pani Barbara.

Lena na lekcjach przebywała kilka godzin. Potem z opuchlizną trafiła do szkolnej świetlicy. Do wypadku doszło o 8:50, matka odebrała Lenę ze szkoły o 14:40. Jak to możliwe, że przez tyle godzin nikt należycie nie pomógł dziewczynce? Czy w szkole w ogóle zadziałały jakiekolwiek procedury powypadkowe?

- Nie będę udzielała żadnego wywiadu – usłyszeliśmy od dyrektor szkoły.

Odesłano nas do urzędu miasta.

- Nauczycielka nie poinformowała o wypadku pielęgniarki, która w tym dniu przebywała w szkole. Własnoręcznie udzieliła pomocy poprzez zimny okład i tamowanie krwi. Można odnieść wrażenie, że ta sytuacja została przez nią zbagatelizowana, bo tutaj powinno dojść do wezwania specjalistycznej, fachowej pomocy medycznej. Powinna nastąpić odpowiednia komunikacja z rodzicem, czy też niezwłoczna informacja do dyrekcji szkoły – przyznaje Łukasz Dydko, rzecznik Urzędu Miasta w Będzinie.

O wypadku i stanie Leny dyrektorka szkoły miała dowiedzieć się od jej matki dopiero następnego dnia, w czasie gdy dziewczynka była już w szpitalu. Wtedy też matka Leny rozmawiała z nauczycielką.

- Nauczycielka do mnie zadzwoniła. Obie płakałyśmy przez telefon. Powiedziałam, że nie mogę jej wybaczyć, że nie zadzwoniła po pogotowie. Mówiła, że ma wyrzuty sumienia, że zbagatelizowała to i jest to jej niedopatrzenie. Przeprosiła mnie – mówi matka Leny.

Pani Barbara była przekonana, że szkoła rzetelnie wyjaśni sprawę wypadku córki i ewentualnej odpowiedzialności nauczycielki. Tak było do czasu, gdy dostała protokół powypadkowy.

- W protokole było napisane, że dziecku została udzielona pierwsza pomoc. I że moją decyzją dziecko zostało w szkole do końca zajęć, a później na świetlicy - przytacza pani Barbara.

Procedury powypadkowe w szkole

O przepisy i procedury, jakie powinny zadziałać po tym, jak na terenie szkoły dochodzi do wypadku z udziałem dziecka, zapytaliśmy eksperta Tomasza Kędrę, prawnika specjalizującego się w prawie oświatowym.

- Modelowe zachowanie powinno wyglądać w ten sposób, że nauczyciel powinien wstępnie ocenić stan zdrowia dziecka. Musi zawiadomić dyrekcję szkoły. Wtedy albo dyrektor zawiadamia rodziców albo robi to nauczyciel. Następnie, jeżeli w szkole jest pielęgniarka to dziecko powinno być zaopatrzone przez taką osobę, a następnie niezwłocznie należy zawiadomić pogotowie ratunkowe. A tym bardziej jeżeli urazy dotyczą okolicy głowy – mówi Tomasz Kędera.

 Prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie narażenia dziecka na ciężki uszczerbek na zdrowiu. Mama dziewczynki zawiadomiła kuratorium oświaty, zawiadomienie wystosowane zostało także przez szkołę. Niezależnie od tego dyrektorka szkoły wysłała wniosek o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec nauczycielki.

- Prowadzone było postępowanie przez rzecznika dyscyplinarnego dla nauczycieli przy wojewodzie śląskim – mówi Grażyna Widera, wicekuratorka Kuratorium Oświaty w Katowicach.

Udaliśmy się do urzędu wojewódzkiego. Po godzinie nikt się nie pojawił. Postępowanie wobec nauczycielki zostało umorzone przez rzecznika dyscyplinarnego. Dlaczego? Tego chcemy się dowiedzieć, ale rzeczniczka nie odbierała telefonu. Skontaktowaliśmy się z biurem prasowym urzędu wojewódzkiego.

- Nie możemy mówić o tym, że rzeczniczka dyscyplinarna prowadziła to postępowanie. To postępowanie było prowadzone przez kuratorium oświaty – stwierdziła rzeczniczka.

- Mijają miesiące i nauczycielka nie poniosła żadnej odpowiedzialności – oburza się pani Barbara.

- Jeśli rzeczywiście doszło do nieprawidłowego ocenienia stanu zdrowia, a wydaje się, że w tym przypadku można o takiej nieprawidłowej ocenie mówić, to kwalifikowałoby się to do naruszenia artykułu 6 Karty Nauczyciela, który to nakłada na nauczyciela obowiązek zapewnienia uczniom bezpiecznego przebywania na terenie placówki – mówi Tomasz Kędera.

Nauczycielka cieszyła się w szkole dobrą opinią, jest lubiana przez dzieci i rodziców. Chcemy poznać jej relację i dowiedzieć się, jak odnosi się do stawianych jej zarzutów.

- Proszę mi wierzyć, że mam dość. Jestem na chorobowym w związku z depresją, której doznałam po całej tej sytuacji – mówi nauczycielka.

Dlaczego nie zaprowadziła dziecka do pielęgniarki?

- Bo zaczynała się lekcja. Miałam 24 dzieci w klasie. I musiałam iść do tych dzieci. Powinien zrobić to ktoś z sekretariatu, bo byłam w sekretariacie – zaznaczyła nauczycielka.

Kobieta twierdzi też, że na lekcji dziecku nie leciała krew.

Po tym jak pomiędzy rzeczniczką dyscyplinarną a kuratorium trwała dyskusja na temat tego, kto ponosi odpowiedzialność za wypadek dziecka, biuro prasowe wojewody przekazało nam, że uzyskamy rzetelne wyjaśnienia. Ponownie spotkaliśmy się z wicekuratorką.

- Ustalono w tej sprawie, że postępowanie dotyczyło złamania procedur, czyli sposobu udzielania pomocy – mówi Grażyna Widera.

- Zgłoszenie, które wpłynęło do rzecznika, nie podlega stricte odpowiedzialności dyscyplinarnej – dodaje wicekurator.

- Gdyby nauczycielka wzięła odpowiedzialność na siebie, że popełniła błąd i zapytała, jak może pomóc dziecku, żeby odbudować zaufanie, to bym nigdzie tego nie zgłosiła. A tak będę walczyć o sprawiedliwość – kwituje pani Barbara.

Reportaże Uwagi! znaleźć można na Player.pl >>>

Autorka/Autor: wg
Reporter: Magdalena Zagała