- Dlaczego upadł szpital w Miastku?
- Co dalej ze szpitalem w Miastku?
Twórcy internetowi odwiedzający opuszczone miejsca weszli do Szpitala Miejskiego w Miastku krótko po tym, jak szpital zawiesił działalność oddziałów. 1 sierpnia z powodu długów i braku lekarzy placówka przestała przyjmować pacjentów.
- Wchodziliśmy praktycznie jak do siebie. Żaden alarm nie zawył, żaden ochroniarz po nas nie przyszedł. Drzwi były otwarte i nie pilnowała szpitala żadna ochrona – opowiadają internetowi twórcy.
Youtuberzy do szpitala w Miastku weszli nocą. W środku był drogi sprzęt i dokumentacja medyczna pacjentów.
Włamanie na stację dializ
Kilkanaście dni po publikacji nagrania do sąsiadującej ze szpitalem prywatnej stacji dializ włamali się złodzieje. Ukradli m.in. samochód do transportu medycznego, który wykorzystali do przewiezienia skradzionych rzeczy.
- Skradziono sprzęt komputerowy oraz defibrylator, czyli sprzęt bezpośrednio ratujący życie – mówi Krzysztof Wruk, prezes centrum usług medycznych „Dializa”.
Nie wiadomo, czy złodziei zachęcił film opublikowany przez youtuberów w internecie.
Pojawiły się pytania o brak ochrony i wezwania do zabezpieczenia budynku i terenu wokół szpitala.
- Rzeczywiście w szpitalu nie było ochrony w postaci firmy i osób zatrudnionych. Szpital nie mógł zatrudnić ochroniarzy, bo nie był w stanie zapłacić firmie, która mogłaby się zająć ochroną - tłumaczy Jerzy Wójtowicz, burmistrz Miastka.
Jak zatem miasto sprawowało nadzór nad szpitalem?
- Pani dyrektor zapewniała i mieliśmy taką wiedzę, że szpital jest odpowiednio zabezpieczony – stwierdza burmistrz Miastka.
Upadłość szpitala w Miastku
To finał wieloletnich problemów Szpitala Miejskiego w Miastku. Sąd ogłosił jego upadłość 30 września - długi mogą przekraczać nawet 50 milionów złotych. Dziś w placówce działa tylko zakład opiekuńczo-leczniczy, dla innych pacjentów drzwi są już zamknięte.
Pani Anna z przyczyn onkologicznych była jedną z pacjentek miasteckiego szpitala.
- Poradnia została zamknięta z dnia na dzień. Poczułam się bardzo niepewnie, tym bardziej, że jestem podczas wznowy nowotworu. Nikt nie dał nam czasu na znalezienie nowego lekarza. Nikt nas o niczym nie poinformował – ubolewa Anna Szymańska.
Dzisiaj szpital jest w stanie upadłości, a sale świecą pustkami. A w nich drogi sprzęt, który nie służy już pacjentom. Pacjenci zostali bez opieki blisko domu, a pracownicy bez pracy.
- Dla pracowników to ogromny dramat, ale także dla całej miasteckiej społeczności. 180 osób, nie tylko personelu medycznego, nie wie, co będzie dalej – mówi Aneta Szkit-Ciesielska, szefowa ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w Szpitalu Miejskim w Miastku.
Jak wyglądało ratowanie szpitala w Miastku?
Jeszcze w lipcu zadłużoną placówkę miała ratować nowa dyrektor zarządzająca Agnieszka Chrzanowska. Siostra ówczesnej prezes szpitala. W ostatnim czasie zajmowała się m.in. ziołolecznictwem i terapią konopną.
- Jeśli chodzi o moje kompetencje restrukturyzacyjne, to zajmowałam się tym już 20 lat temu w różnych sektorach, głównie finansowym – mówi Agnieszka Chrzanowska, prokurent, dyrektor zarządzająca szpitalem od lipca 2026 roku.
- Prezesa szpitala powoływała rada nadzorcza i prezes szpitala zatrudniał pracowników, z którymi miał współpracować. Ponieważ szpital jest w trudnej sytuacji, miał problem ze znalezieniem osób, które chciałyby sprawować tego typu stanowiska – tłumaczy burmistrz Jerzy Wójtowicz.
Pracownicy i pacjenci wielokrotnie alarmowali władze Miastka, że w szpitalu źle się dzieje. W sierpniu mieszkańcy protestowali przeciwko zamknięciu placówki.
- Pracowałam w tym szpitalu 38 lat. Dla mnie to tragedia. Straciłam pracę półtora roku przed emeryturą. Jestem też pacjentką onkologiczną i straciłam opiekę, która znajdowała się na miejscu. Ponadto od czerwca nie mamy wynagrodzeń – mówi pani Bogumiła.
Jak doszło do tego, że z dnia na dzień pacjenci zostali pozostawieni bez opieki, a pracownicy bez pracy?
- Niestety nie było lekarzy, którzy mogli pełnić dyżury. Nie mogliśmy zapewnić pełnej opieki na oddziałach i była potrzeba zawieszenia tych oddziałów. Nie było lekarzy, bo część była na urlopie, część stwierdziła, że nie będzie pracowała, bo mieliśmy zaległości w wynagrodzeniu – mówi burmistrz Jerzy Wójtowicz.
Na krótko przed złożeniem wniosku o upadłość placówki gmina przekazała szpitalowi finansową kroplówkę - pięć milionów złotych na zaległe wynagrodzenia. Ale znaczna część tych pieniędzy do pracowników nie trafiła.
- W pierwszej transzy większość została wypłacona na zaległe kontrakty. Pozostałe 3 mln, które zostały uruchomione w kolejnej transzy, niestety w znacznej części zostały zajęte przez urząd skarbowy i ZUS – mówi Agnieszka Chrzanowska.
A czy nasza rozmówczyni wypłaciła sobie wynagrodzenie?
- Ja byłam pracownikiem B2B, na tak zwanym kontrakcie zewnętrznym. Nie podlegałam listom płac, ZUS-owi, funduszowi. Wynagrodzenie dostałam nie w pełni. Dojeżdżałam z Koszalina, trudno, żebym przyjeżdżała za swoje pieniądze – stwierdza Agnieszka Chrzanowska.
Po rozmowie zapytaliśmy szpital, ile pieniędzy łącznie trafiło do Agnieszki Chrzanowskiej i dostaliśmy informację, że spółka, której jest prezesem otrzymała 170 tysięcy złotych brutto za jej pracę jako dyrektora zarządzającego i pełnienie funkcji prokurenta. W tym czasie pielęgniarki i lekarze czekali na zaległe wynagrodzenia.
- Ludzie tak naprawdę nie mają za co żyć. Część znalazła inną pracę, ale część zostaje w tym szpitalu. Pomimo, że nie mamy wynagrodzeń pracujemy nadal, bo nadal funkcjonuje jeden oddział. Chodzi o zakład opiekuńczo-leczniczy – mówi Aneta Szkit-Ciesielska.
- Niestety od kilku lat nieudolność kolejnych burmistrzów, całych władz miasta i spirala prezesów nieudolnych, zaniechania, doprowadziły do tego stanu, jaki jest – uważa pani Bogumiła.
Rozliczanie zabiegów
Dodatkowo NFZ nałożył na szpital karę w kwocie ponad 13 mln złotych, ponieważ neurochirurdzy ze spółki Spine wykonywali w Miastku proste zabiegi, które były rozliczane jako znacznie droższe operacje wymagające hospitalizacji. Zarobki sięgały nawet 300 tys. złotych za dzień pracy. Zauważył to Adam Monikowski, gdy został doradcą zarządu szpitala.
- Przeanalizowaliśmy dokumentację medyczną. Poprosiliśmy lekarzy o weryfikację tej dokumentacji. I już wiedzieliśmy, że jest coś nie tak. Zabieg powinien być wyceniany na 1500 zł, a w szpitalu w Miastku było to ponad 6000 zł. W takim szczytowym okresie wartość miesięcznych faktur spółki Spine wynosiła ponad 1,5 mln zł – mówi Adam Monikowski, doradca zarządu szpitala od kwietnia do czerwca 2025.
Nieprawidłowości dotyczą zabiegów z lat 2024-2025. Przez część tego okresu prokurentem szpitala, czyli osobą uprawnioną do jego reprezentowania, była Joanna Hinc.
- Po pierwsze nie jestem „medyczna”. Nie jestem lekarzem. Oczywiście, że mieliśmy świadomość tego, co się dzieje, ale nie wyłapaliśmy żadnych nieprawidłowości. Byliśmy też kilkakrotnie w NFZ. I tutaj nigdy nie otrzymaliśmy z NFZ żadnej uwagi na temat tego, że zabiegi są nieprawidłowo wykonywane. Tym bardziej, że po każdym miesiącu odbywa się raportowanie do NFZ-u. Był też dyrektor medyczny, był prezes. W momencie, kiedy jest prezes, ja nie zajmuję się podejmowaniem takich decyzji – stwierdza Joanna Hinc, prokurent szpitala od czerwca 2024 do lutego 2025 roku.
- Zła sytuacja szpitala to nie jest kwestia ostatnich dwóch lat, gdy jestem burmistrzem Miastka, bo to działo się już wcześniej. Były po drodze popełniane różne błędy, które na zasadzie kuli śnieżnej zaczęły być coraz większe. I dzisiaj doszło do tego, że problemy nas przerosły – stwierdza Jerzy Wójtowicz.
- Czynione są starania, żeby opieka wróciła. Pierwszy krok został zrobiony, wróciła nocna i świąteczna opieka. Dzisiaj są też ogłaszane konkursy przez NFZ na przywrócenie poradni – dodaje burmistrz Miastka.
Reportaże Uwagi! można znaleźć na Player.pl>>>