Olek miał 19 lat i chodził do maturalnej klasy jednego z grudziądzkich techników. Jego ojciec pochodził z Armenii. Zmarł, gdy Olek miał 11 lat. Odtąd chłopca wychowywała samotnie matka, pracująca jako opiekunka medyczna w miejscowym szpitalu.
Dzień, w którym doszło do tragedii
- Tego dnia Olek wrócił ze szkoły, a około godz. 15 powiedział, że leci do ziomków. Niedługo miał wrócić. Ale nie wrócił. Dostałam telefon ze szpitala, że Olka reanimują już dwie godziny i lepiej, żebym przyjechała – opowiada pani Małgorzata.
Do tragedii doszło dwa lata temu, ale dopiero teraz – po zakończeniu prowadzonego przez prokuraturę śledztwa – pani Małgorzata zrozumiała, jak i dlaczego umarł jej syn.
Wszystko zaczęło się od banalnej interwencji policji: Olek z kolegą przechodzili przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Gdy funkcjonariusze wezwali nastolatków do zatrzymania, ci zaczęli uciekać.
- W karetce pytali Olka, dlaczego uciekał, on mówił jasno: „Bo się przestraszyłem”. Naprawdę myślę, że uciekał, bo się bał – uważa matka 19-latka.
Podczas ucieczki Olek próbował przeskoczyć zakończony ostrymi prętami metalowy płot otaczający pobliskie liceum. Pokonując przeszkodę nadział się udem na jeden z tych prętów. Rana krwawiła bardzo obficie.
Sytuacja była poważna: chłopiec mógł mieć rozerwaną tętnicę udową, więc liczyła się każda sekunda. Jak doszło do tego, że nastolatek przez blisko godzinę czekał na pomoc i w końcu wykrwawił się na śmierć?
Nagrania z akcji policji i pogotowia
Zachowane nagrania z akcji policji i pogotowia, do których udało nam się dotrzeć, są porażające.
- Nie wiedzieli, gdzie i do kogo zadzwonić, kto przyjmie go, kto nie przyjmie. To była zupełnie nieudolnie prowadzona akcja ratownicza – ocenia matka Olka.
Z nagrań wynika, że działania policjantów są od początku chaotyczne i nieskoordynowane, szwankuje także łączność. Funkcjonariusz zajmujący się Olkiem uciskał ranę na udzie, ale nastolatek nie mógł oddychać.
Niestety, krwotok nie został zatamowany. Krew z rozerwanej tętnicy zaczęła wpływać do wnętrza organizmu Olka, a zmniejszenie krwawienia na zewnątrz policjanci błędnie uznali za rozwiązanie problemu. Na miejsce przyjechali kolejni policjanci, ale karetki wciąż brakowało.
- Naśmiewali się tam z niego, krzyczeli, żeby nie pajacował, a on się dusił – mówi pani Małgorzata.
Drugi złapany nastolatek miał przy sobie niewielką ilość narkotyków, policjanci byli przekonani, że mają do czynienia z dilerami. Jednak śledztwo nie wykazało, by Olek miał przy sobie narkotyki.
W końcu po kilkunastu minutach przyjechała karetka. Nagrania pokazały, że medycy nie spieszyli się: nie włączyli nawet sygnałów świetlnych i dźwiękowych.
Lekarz ani ratownicy nie wyjęli noszy. Policjanci chcieli zdjąć nastolatkowi kajdanki, ale ratownik stwierdził, że chłopiec ma w nich pozostać.
- Gdzie on miałby uciec z taką nogą? Czym by ich zaatakował? Mogliby odpuścić skucie – podkreśla pani Małgorzata.
Medycy w karetce mieli zajmować się głównie przesłuchiwaniem umierającego Olka. Takie ich zachowanie biegli określili później jako „skandaliczne”.
- Dla mnie wyglądało to jak tortury. Udzielali jakiejś tam pomocy, ale bardzo nieudolnie – mówi pani Małgorzata.
- Pacjent mógł mieć wstrząs. Każdy pacjent, który domaga się tlenu, zgłasza duszność, wymaga natychmiastowego działania – zaznacza lekarz Ignacy Baumberg, ekspert ds. ratownictwa medycznego.
Na wielokrotne prośby o pomoc medycy nie reagowali. Kiedy skuty nastolatek spadł z noszy, wciągnęli go za włosy. Ubrudzone krwią ręce wycierali w ubranie chłopca. Karetka dopiero po kilkunastu minutach ruszyła w stronę szpitala. Powoli i ponownie bez jakichkolwiek sygnałów dźwiękowych i świetlnych. - Co robił ten lekarz w karetce? Po co on tam był? Kompletne zlekceważenie zdrowia i życia człowieka – oburza się pani Małgorzata.
- Jak można było tak lekceważyć swoją pracę? Sama jestem tylko opiekunem medycznym, ale nigdy bym sobie nie pozwoliła, żeby tak traktować pacjenta – dodaje matka Olka.
- To są wieloletni pracownicy, którzy nie od wczoraj wykonują ten zawód, dlatego trzeba poczekać na orzeczenia odpowiednich do tego organów – stwierdza Agata Kurkowska, dyrektor Regionalnego Szpitala Specjalistycznego w Grudziądzu.
Lekarz Sławomir B., jako kierownik zespołu ratowniczego, stanie za dwa miesiące przed sądem. Według powołanych biegłych, między innymi nie ustalił, choć było to możliwe i konieczne, że chłopiec wykrwawia się z rozerwanej tętnicy do wewnątrz, nie podał Olkowi tlenu i nie zaordynował koniecznych preparatów krwiozastępczych.
Decyzją dyrekcji grudziądzkiego oskarżony lekarz – nadal pracuje w pogotowiu. Medyk pracuje nie tylko w pogotowiu, ale przyjmuje także pacjentów w jednej z grudziądzkich przychodni. Pytany o sprawę przez reportera Uwagi!, nie chciał rozmawiać.
„Kiedy Olek w końcu trafił na oddział ratunkowy szpitala jego stan był skrajnie ciężki. Ale lekarz z karetki nie powiedział o tym dyżurnemu. Chłopiec był już nieprzytomny. Niedługo później doszło do zatrzymania krążenia", opowiada Tomasz Patora, autor reportażu.
"Z sali, w której reanimowano Olka nie ma nagrań, ale z opinii biegłych wynika, że także tam doszło do karygodnych zaniedbań. Pielęgniarka zeznała, że około 5 minut szukała policjanta, który mógłby zdjąć chłopcu kajdanki, a reanimowano Olka przez kilkanaście minut z rurką intubacyjną wpuszczoną do układu pokarmowego zamiast do tchawicy. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach stwierdzono zgon”, dodaje dziennikarz Uwagi!
Autor: wg
Reporter: Tomasz Patora