30-letnia Patrycja zmarła, bo nie było wolnej karetki? NFZ nałożył na szpital ogromną karę
30-letnia Patrycja straciła przytomność w domu tuż po godzinie 21. Przed 22, jak twierdzi jej ojciec, pogotowie zawiozło ją do świdnickiego szpitala powiatowego z podejrzeniem udaru. Badanie głowy tomografem to potwierdziło. Wymagała pilnej interwencji neurochirurga. Dlatego zapadła decyzja, by przewieźć ją do szpitala w Wałbrzychu. Niestety, nie było wolnej karetki, która mogłaby to zrobić.
30-latka trafiła do wałbrzyskiego szpitala dopiero po północy. Na pomoc było za późno - kobieta zmarła.
- Było między godz. 2 a 3 w nocy. Lekarz powiedział, że to już stan śmierci. Że już nie ma córki. Że to wszystko za długo trwało. Córka wyglądała, jakby miała otworzyć oczy. Nie da się tego opisać. Miała ciepłe dłonie. Długo to wszystko nie docierało do mnie – mówi zrozpaczony ojciec Patrycji, pan Albert.
Sprawą zajmowaliśmy się w Uwadze! Zobacz cały reportaż >>>
Sprawą zajął się Narodowy Fundusz Zdrowia, który rozpoczął kontrolę w Samodzielnym Zespole Opieki Zdrowotnej w Świdnicy, w którym przebywała 30-letnia Patrycja. Jak informuje rzeczniczka dolnośląskiego NFZ, Anna Szewczuk-Łebska, podczas kontroli stwierdzono nieprawidłowości dotyczące organizacji i realizacji transportu między szpitalami pacjentki, która wymagała pilnej pomocy i znajdowała się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia.
Rzeczniczka dolnośląskiego NFZ dodaje, że nieprawidłowe było także formalne przeniesienie pacjentki ze szpitalnego oddziału ratunkowego na oddział neurologiczny i następnie rozliczenie udzielonych jej świadczeń na tym oddziale zamiast w SOR, w którym przebywała.
Zdecydowano o nałożeniu kary na świdnicki szpital.
- Kara nałożona na szpital "Latawiec" w Świdnicy wynosi 537 470,94 złotych - informuje Anna Szewczuk-Łebska.
Finału nie znalazło jeszcze postępowanie prokuratorskie dotyczące sprawy. Jak informuje pan Albert, ojciec 30-letniej Patrycji, postępowanie zostało obecnie zawieszone w związku z oczekiwaniem na opinie biegłych, co może potrwać nawet kilka miesięcy.
- To dla nas zabójczy czas. Jeden wielki ból w sercu - mówi pan Albert.
Autorka/Autor: as