- Problem zaczął się już pierwszej zimy. Początkowo myśleliśmy, że ulatnia się gaz, że rozszczelniła się rura. Ale wezwaliśmy służby i okazało się, że śmierdzi woda, potok – mówi pani Alina.
- Córka zaczęła uskarżać się na bóle głowy. W tomografii nic nie wyszło i wtedy lekarz, który przeprowadzał badanie, zasugerował, że być może jest to kwestia powietrza. Wiedzieliśmy, że nie jest to smog, bo stężenie pyłów zawieszonych było w granicach normy bądź poniżej i wtedy nasze myśli skierowały się na potok – opowiada pan Dominik.
- Zaczęliśmy badać sprawę i okazało się, że latami ciągnie się batalia z lotniskiem. Lotnisko zrzuca wszystkie odpady związane z odladzaniem do potoku – mówi pani Alina.
Problem mieszkańców Olszanicy
Krakowskie osiedle Olszanica znajduje się w niewielkiej odległości od lotniska. Port lotniczy intensywnie się rozbudowuje, przybywa podróżnych. 10 lat temu obsłużono około 4-5 milionów pasażerów, w 2025 roku – ponad 13 milionów.
Podczas mrozów zarówno pas startowy, jak i samoloty, których z roku na rok jest więcej, wymagają odladzania. Płynne chemikalia z tego procesu znajdują – przynajmniej częściowo – ujście w potoku Olszanickim.
- Te substancje, rozkładając się, zabierają tlen z wody i zabijają praktycznie całe życie biologiczne w rzece. Rozkładając się, tworzą też gryzący odór o zapachu zgniłej cebuli, który powoduje drażnienie oczu, duszności, ale też bóle głowy – mówi prof. Mariusz Czop, profesor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.
- Okazało się, że wszystkie służby wiedzą o tym, co się dzieje. Ochrona środowiska powinna zadbać o czystość tego potoku, bo wpada on do Rudawy, a tam jest pierwszy pobór wodny dla Krakowa – mówi pani Alina.
Rudawa, w której odór już także jest odczuwalny, wpada wprost do Wisły, gdzie na szczęście te substancje są już mocno rozcieńczone, jednak nie zerowe.
Pozwolenie wodno-prawne
Problem zaczął się około 10 lat temu, gdy lotnisko zaczęło się rozrastać. Okazuje się, że by ochrona środowiska mogła skontrolować ilość substancji z odladzania samolotów wpuszczanych do potoku, te substancje muszą być zawarte w tak zwanym pozwoleniu wodno-prawnym.
- W 2016 roku w pozwoleniu wodno-prawnym nie było zawartych preparatów, które używane są na lotnisku, czyli na przykład do odladzania. Inspektorat ochrony środowiska wystąpił do marszałka o zmianę warunków pozwolenia wodno-prawnego i w 2017 roku zostało wydane pozwolenie, które te warunki uwzględnia – mówi Magdalena Gala z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Krakowie.
Pomimo iż w nowym pozwoleniu tolerancja na ilość chemikaliów była, jak nieoficjalnie wiemy, dość duża, lotnisko i tak przekraczało normy.
- Największe przekroczenie było kilkunastokrotne – mówi Magdalena Gala i dodaje, że być może zdarzały się też przekroczenia kilkudziesięciokrotne.
Kary były jednak niskie.
- Do niedawna było to 500 zł, przepisy trochę się zmieniły i teraz najwyższy mandat to 7,5 tys. zł. Dla lotniska to bardzo nikła kara – przyznaje Magdalena Gala.
Jak sprawę potoku rozwiąże lotnisko?
- Potok w tej chwili idzie pod płytą lotniska, a naszym celem jest to, żeby potok odsunąć od lotniska. Zmiana biegu potoku da wszystko. Całkowicie odseparujemy potok od kanalizacji opadowej lotniska – tłumaczy Monika Chylaszek z Międzynarodowego Portu Lotniczego Kraków-Balice.
- To, co się dzieje, dalej jest ważne. Woda opadowa, w której mogą znajdować się substancje do odladzania, trafia do specjalnych zbiorników. Te zbiorniki będą specjalnie monitorowane, kiedy jest deszcz i nie używa się chemikaliów, woda z tych zbiorników może być odprowadzana do potoku. Natomiast zimą, kiedy lotnisko musi używać tego typu środków, woda opadowa w całości będzie przepompowywana do kanalizacji sanitarnej i będzie trafiała do oczyszczalni ścieków – dodaje Monika Chylaszek.
Lotnisko ma jednak podpisaną umowę z oczyszczalnią od lat, a chemikalia i tak trafiają do potoku. Profesor AGH, Mariusz Czop, który zajmuje się ochroną środowiska, ma w tej kwestii wątpliwości.
- W ostatnich latach występuje eskalacja problemów odorowych na oczyszczalni w Płaszowie. Ludzie nam zgłaszali, że z kanalizacji wypływa jakaś śmierdząca ciecz. Stwierdziliśmy, że to jest taki sam smród, co z potoku Olszanickiego, więc najprawdopodobniej lotnisko wrzuca część zanieczyszczonych wód opadowych i roztopowych do kanalizacji sanitarnej. Te substancje są naprawdę niebezpieczne, jeżeli chodzi o rozkład – mówi ekspert.
W ramach projektu, który planuje lotnisko, mają powstać zbiorniki retencyjne, ale zdaniem profesora ich objętość będzie zbyt mała w porównaniu do ilości wody ściekającej z pasa startowego. W efekcie, gdy zbiorniki się wypełnią, zrzut zanieczyszczeń i tak będzie musiał nastąpić do potoku Olszanickiego.
- Lotnisko twierdzi, że w ten sposób, tym przełożeniem potoku, uchroni jakieś czyste wody potoku Olszanickiego od zanieczyszczenia, ale potok zaczyna się z lotniska. Nieważne jest, jak pójdzie koryto i tak wszystkie zanieczyszczenia, które są na lotnisku, będą wrzucane w tym samym punkcie – podkreśla prof. Mariusz Czop. I dodaje: - Dla mnie ta inwestycja nie ma sensu. Jedynym wyjściem wobec małej chłonności całego systemu jest zbudowanie na lotnisku oczyszczalni, która już dawno powinna tam być.
Autor: wg
Reporter: Joanna Bukowska