Światowy rozgłos kapitanowi Wronie przyniosło awaryjne lądowanie na warszawskim Okęciu. W pilotowanym przez niego boeingu 767 nie wysunęło się podwozie. Sprawnie wykonany manewr ocalił życie 231 osób znajdujących się na pokładzie.

- Nie mam tego, na co dzień w głowie. To była część naszej pracy, wykonywaliśmy nasze obowiązki. Niestandardowe, bo sytuacja była niestandardowa. Chciałem, żeby nic się nie stało – mówi dzisiaj kapitan Wrona.

- To było przerażające. Wiedziałam, co się może stać. Miałam poczucie bardzo dziwnej sytuacji. Zwłaszcza, że to nie był jego lot. On się zamienił z kolegą i to nie ze swojej inicjatywy. Ale chyba tak miało być – mówi Marzena Grylewicz-Wrona, żona kapitana Wrony.

Od szybowców po boeingi

Wieloletnia i niemal bezawaryjna przygoda kapitana Tadeusza Wrony z lotnictwem, zaczęła się ponad pół wieku temu. Najpierw były tylko marzenia o lataniu. Potem już prawdziwe, choć jeszcze amatorskie latanie na szybowcach w aeroklubie. W trakcie jednego z letnich obozów szybowcowych, młody pilot poznał swoją przyszłą żonę, wówczas adeptkę szybownictwa.

- Powiedziałam, kiedyś siedząc z rodzicami na balkonie i widząc samolot: „Moim mężem będzie kapitan z LOT-u”. Nie wiem, jak to się stało, ale trafiłam później na lotnisko, zaczęłam latać i nagle pojawił się mąż, który błyskawicznie został kapitanem LOT-u – wspomina Marzena Grylewicz-Wrona.

- Nachodziłem się za nią. Konkurencja była bardzo duża – śmieje się kapitan Wrona.

- On był tak uparty, że nie miałam wyjścia. Po prostu sobie postanowił i koniec. To jest bardzo silny charakter i wiedziałam, że przy dwóch takich, nie będzie łatwo. I nie było – przyznaje Grylewicz-Wrona.

Wspólne podróże, ale przede wszystkim miłość, pozwoliły rodzinie kapitana przetrwać.

- To było trudne, że go nigdy nie było. Zawsze sama woziłam dzieci do szkoły, chodziłam na wywiadówki, inne rzeczy też robiłam sama – wspomina żona kapitana.

- Jak gdzieś lecieliśmy to minimum na tydzień. Więc to były dwa dni przerwy w domu z rodziną, tydzień poza domem. To życie jej ze mną nie było łatwe. Jestem jej wdzięczny za to, że wytrwała – mówi kapitan Wrona.

Jego dzieci są już dzisiaj dorosłe. Syn tak jak ojciec został pilotem i pracuje w liniach lotniczych. Wnuk kapitana także zaczyna przygodę z lataniem. Zanim sam siądzie za sterami najpierw szybowca, a potem samolotu, trenuje z dziadkiem na symulatorze.

Pomagać innym

Praca na rzecz chorych dzieci to kolejna misja kapitana Wrony. Dlatego wspomaga fundację „Kochajmy Zycie", która wspiera leczenie i rehabilitację dzieci cierpiących na dysfunkcje narządów ruchu. Maluchy staja się samodzielne dzięki nowatorskim operacjom w Stanach Zjednoczonych, a już wkrótce również w Polsce.

- Jaka jest w tych oczach dzieci, które zaczynają chodzić, radość. Mnie to za serce łapie – mówi Tadeusz Wrona.

Jakie kapitan Wrona ma teraz plany?

- Skończyłem 65 lat. Jako pilot nie mogę prowadzić samolotu pasażerskiego, ale mogę szkolić na małych samolotach. Chcę przekazać tę wiedzę, którą ktoś mi, kiedyś przekazał. I podzielić się doświadczeniami, które przez okres pracy nabyłem.