Kilka tygodni temu pokazaliśmy, że Ministerstwo Zdrowia dopuściło do pracy mężczyznę z fałszywym dyplomem ukończenia studiów medycznych, co skończyło się wystawianiem hurtowych ilości recept m.in. na fentanyl. Okazuje się, że takich niezweryfikowanych lekarzy jest więcej, a dziurawy system dopuszcza do pracy z pacjentem, na przykład osoby niemówiące po polsku.
Reporterka Uwagi! spotkała się z pochodzącym z Ameryki Łazińskiej lekarzem, który od trzech lat pracuje w Polsce. Od początku było słychać, że język polski sprawia mu trudność. Z tego powodu Naczelna Izba Lekarska odmówiła mu prawa wykonywania zawodu. Ale nie oznacza to, że nie może już przyjmować pacjentów.
- Uważaliśmy, że nie włada językiem polskim w stopniu wystarczającym do samodzielnej pracy z pacjentem. Odmówiliśmy mu rejestracji, ale nasza rola tutaj się kończy, bo on nie jest objęty ani rzecznikiem, ani sądem lekarskim, ani ubezpieczeniem - mówi lek. Jakub Kosikowski z Naczelnej Izby Lekarskiej.
Uproszczona procedura dla lekarzy spoza Unii Europejskiej
Lekarz, któremu NIL odmówiła prawa wykonywania zawodu, jest jedną z kilku tysięcy osób, które Ministerstwo Zdrowia dopuściło do pracy w tak zwanej procedurze uproszczonej, przeznaczonej dla lekarzy spoza Unii Europejskiej. Mimo że zdaniem izby lekarskiej nie powinien on mieć prawa wykonywania zawodu, może przyjmować pacjentów, bo uzyskał zgodę Ministerstwa Zdrowia.
Dwa lata temu na wizytę do tego lekarza poszedł pan Zbigniew. O szczegółach opowiedziała nam rodzina mężczyzny.
- Lekarz się w ogóle nie odzywał, tak jakby był niemową. Przypuszczam, że nie znał języka – mówi pani Mirosława, żona pana Zbigniewa.
Mąż pani Mirosławy chorował na miażdżycę zarostową tętnic. Podejrzewano kolejne zatkanie naczyń. Mężczyzna miał problemy z oddychaniem.
- Wpuszczając ojca do gabinetu, powiedziałam, że bardzo proszę o pilne skierowanie go do szpitala, bo ojciec prawdopodobnie jest umierający. Nie chciałam, żeby siedział na SOR-ze 12 godzin i tam umarł – mówi pani Anna, córka pana Zbigniewa.
- Mąż poszedł tam z dokumentacją i ugrzązł. Nie było go i nie było. W końcu jak wyszedł, był blady i słaby – wspomina pani Mirosława.
Badanie wykazało niedrożne tętnice szyjne, a zwężenie ich dochodziło do 80 proc. Mimo tego, lekarz nie wystawił panu Zbigniewowi skierowania do szpitala.
- Uważam, że on nie zrozumiał, jaki jest cel wizyty. Że ojciec natychmiast musi trafić do szpitala. Ojciec sam powiedział mi, że nie dogadał się z nim – przywołuje pani Anna.
- Położyliśmy się spać, rano wstałam, a tu cisza. Mąż klęczał oparty o kanapę, nieżywy – opowiada pani Mirosława.
Mężczyzna zmarł kilkanaście godzin po wyjściu od lekarza. Rodzina zgłosiła sprawę do prokuratury, ta jednak umorzyła śledztwo.
- Uważam, że bulwersujące jest to, że osoba niemająca prawa wykonywania zawodu jest lekarzem. Ale jeszcze bardziej bulwersuje mnie to, że w tym kraju nie prowadzi się z tego tytułu postępowania sądowego – mówi pani Anna. I dodaje: - Rozumiem, że to jest taka sytuacja, że ja też mogę udawać lekarza i bez problemu przyjmować pacjentów, pieczątka – 20 zł.
Nie mówią dobrze po polsku, a przyjmują pacjentów
Osób, którym Naczelna Izba Lekarska odmówiła wpisaniu do rejestru lekarzy, jest w Polsce ponad pół tysiąca.
- Totalną patologią jest to, że system może dopuścić do pracy kogoś, kto w ogóle nie skończył medycyny albo skończył zupełnie inny kierunek medyczny – mówi lek. Jakub Kosikowski z Naczelnej Izby Lekarskiej. I dodaje: - Innym zagrożeniem jest to, że ci ludzie nie mówią po polsku. Przyjeżdża człowiek do szpitala, zgłasza objawy, a lekarz nie rozumie. Albo przychodzi się na wizytę, a lekarz rozmawia za pomocą Google Translatora, bo takie sytuacje niestety w Polsce się zdarzają. My takiemu pacjentowi możemy powiedzieć, by szedł do ministerstwa, bo my tego kogoś nie zarejestrowaliśmy.
Aby pracować w Polsce jako lekarz, trzeba ukończyć studia medyczne, zdać lekarski egzamin końcowy, odbyć staż i uzyskać numer prawa wykonywania zawodu. Jednak od czasu pandemii dla osób, które ukończyły studia medyczne poza Unią Europejską, istnieje także druga, uproszczona ścieżka postępowania. Chcący z niej skorzystać muszą przedstawić w Ministerstwie Zdrowia m.in. dyplom ukończenia studiów medycznych i złożyć oświadczenie, że potrafią mówić po polsku. Wtedy otrzymują zgodę na pracę w Polsce.
- Oczywiście, że lekarz, który przyjmuje pacjentów, musi być zaznajomiony z językiem na wystarczającym poziomie. A takim poziomem według nas jest co najmniej poziom B1. Dlatego zmiana, która już została wprowadzona, jest taka, że musi być to zaświadczenie, a wtedy takie osoby mogą służyć swoją wiedzą pacjentom – mówi Jakub Gołąb, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.
Na dostarczenie zaświadczenia potwierdzającego znajomość języka polskiego lekarzom dano rok.
Na dostarczenie zaświadczenia potwierdzającego znajomość języka polskiego lekarzom dano rok. Obecnie Ministerstwo Zdrowia wprowadza zmiany w przepisach o warunkowym prawie wykonywania zawodu m.in. po tym, jak kilka tygodni temu pokazaliśmy pochodzącego z powiatu płockiego mężczyznę posługującego się dyplomem ukończenia studiów medycznych w Ukrainie. Ustaliliśmy, że wystawiał on za pieniądze ogromne ilości recept na fentanyl, a co więcej jego dyplom ukończenia medycyny okazał się sfałszowany.
Nie był lekarzem, a wystawiał recepty
Po emisji reportażu do naszej redakcji zgłosiło się kilka osób, które od lat znają Piotra P.
- Jak go poznałem, to był ratownikiem medycznym. Jeździł w Płocku i gdzieś w Warszawie. Wiem o tym, że był spalony w dwóch czy trzech miejscach m.in. w jednym z warszawskich szpitali. Z powodu alkoholu – mówi nasz rozmówca.
Czy Piotr P. miał uprawnienia ratownika medycznego?
- Ukończył kurs ratownika medycznego w jakimś OSP, nie jest po studiach – mówi nasz rozmówca. I dodaje: - Jak był COVID, to próbował się na jakąś zaoczną medycynę dostać, ale coś tam nie wyszło. On wtedy kombinował na szczepionkach. Miał punkt, gdzie szczepiono ludzi i wystawiał fałszywe zaświadczenia o szczepieniu. Ludzie płacili mu, żeby mieć certyfikat i nie brać szczepionki.
- O wątpliwości co do kilku dyplomów zapytaliśmy ministerstwo, czy oni je weryfikują. Dostaliśmy odpowiedź, że nie weryfikują autentyczności tych dokumentów. System jest zupełnie nieszczelny – uważa lek. Jakub Kosikowski.
Ministerstwo Zdrowia wydało ponad 7 tysięcy decyzji dla lekarzy pochodzących spoza Unii Europejskiej. Z tej liczby sześciuset otrzymało odmowę Naczelnej Izby Lekarskiej na wniosek o wpisanie do rejestru lekarzy.
Ile z tych osób, podobnie jak Piotr P., mogło przedstawić w Ministerstwie Zdrowia fałszywy dyplom lekarski? Ilu mamy w Polsce lekarzy, którzy nie skończyli medycyny?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, sprawdziliśmy, czy trudno taki dyplom kupić. Bez trudu znaleźliśmy firmę, która proponuje nam zakup dyplomu dowolnej uczelni, również tej, którą rzekomo ukończył Piotr P.
- Dzień dobry, potrzebuję dyplomu ukończenia studiów lekarskich. Może być Kijowski Uniwersytet Medyczny lub inny spoza Unii Europejskiej – napisała dziennikarka Uwagi!
- Dokumenty 1900 złotych, ale wpis do systemu to tysiąc euro – padło w odpowiedzi.
- Ale macie dyplom tej uczelni?
- Wystawimy, jak trzeba.
- On będzie wyglądał jak autentyk 100 proc.? W kolorze, znaki wodne, pieczęcie?
- Jak oryginał, bo na oryginalnych giloszach, włącznie z pieczątkami i podpisami.
- Zapewniam, że pracownicy Ministerstwa Zdrowia i tego departamentu, który weryfikuje dokumenty, dokładają wszelkich starań, żeby nie przepuszczać takich sytuacji. Natomiast, oczywiście zdarzają się sytuacje, gdzie mamy do czynienia z oszustwem, które nie zostanie wykryte. Wtedy oczywiście jest to sprawa dla organów ścigania – mówi rzecznik ministerstwa Jakub Gołąb.
Sprawą fałszywego dyplomu Piotra P., jak i sprawą wystawiania przez niego recept, zajmie się teraz prokuratura.
- W Ukrainie ustalono, że taki dyplom temu mężczyźnie nigdy nie został wydany – mówi Bartosz Maliszewski z Prokuratury Okręgowej w Płocku.
- Wiadomo, że w dzisiejszym obrocie często posługujemy się kopiami i w tym przypadku również tak było, że mężczyzna, próbując się zatrudnić, posługiwał się kopiami, przesyłając je do odpowiednich instytucji czy też szpitali – dodaje prokurator Bartosz Maliszewski.
Przedstawił fałszywy dyplom, chciał pracować w pogotowiu
Kilka tygodni przed aresztowaniem Piotr. P próbował zatrudnić się jako lekarz w łódzkiej stacji pogotowia.
- We własnym zakresie dotarliśmy do informacji, że ten wschodnioeuropejski kraj posiada rządową stronę i tak jak u nas w przypadku Naczelnej Izby Lekarskiej, mamy rejestr lekarzy. Każdy możne sprawdzić, czy taki człowiek posiada prawo wykonywania zawodu i tam taki dyplom nie widnieje – mówi lek. Bartosz Drąg z Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi.
- To pokazuje, że system weryfikacji prowadzony przez ministerstwo nie jest do końca szczelny – dodaje lek. Bartosz Drąg.
Autor: wg
Reporter: Arleta Bolda-Górna