Złamany kręgosłup

Zbyt gwałtowne skręty, a także zderzenia z innymi narciarzami na stoku, skutkują zwykle kontuzjami i złamaniami kończyn.

Na upublicznionym w styczniu nagraniu z monitoringu widać moment zderzenia snowboardzistki, z jadącym na nartach nastolatkiem. Kobieta upadła tak niefortunnie, że złamała kręgosłup.

- Prognozy są całkiem niezłe. Najważniejsze jest, że przy złamaniu kręgosłupa żona ma pełne czucie w kończynach. Powoli zaczyna już dreptać, ale silne bóle pooperacyjne wciąż są i bez środków przeciwbólowych nie daje rady wytrzymać – opowiada Tomasz Wiśniewski, mąż poszkodowanej.

Na nagraniu widać, jak chłopiec odjechał z miejsca zdarzenia.

- Nie wiemy, kto spowodował wypadek. Mamy tylko zabezpieczony monitoring – mówi Wiśniewski. I dodaje: - Nikt nie obwinia tego dziecka za to, że wjechało w żonę i spowodowało ten wypadek, bo takie rzeczy się zdarzają. Jednak nikt z jego opiekunów nawet się nie zainteresował, co się dzieje na stoku, kiedy jedna osoba leżała, nie podnosząc się i prawie krzycząc z bólu. Zabrakło zwykłego odruchu: „Przepraszam, czy wszystko jest OK?”

- Z kulturą u narciarzy jest słabo. Nie patrzą, gdzie jadą, szaleństwo jest – potwierdza jedna z narciarek.

Zderzenie

Dużo szczęścia miał też instruktor jazdy, który cudem przeżył zderzenie z narciarką. Doznał silnego wstrząsu mózgu, złamał szczękę i oczodół, przeszedł kilka zabiegów operacyjnych, w tym trepanację czaszki. Wypadek na pół roku sparaliżował jego życie.

- Kończąc skręt, chciałem zatrzymać się z boku stoku, a osoba jadąca z góry, uderzyła we mnie –opowiada Lech Jasiński. I dodaje: - Mam w pamięci urywki z akcji ratunkowej, bo cały czas traciłem przytomność.

Choć od zdarzenia minęło już 5 lat, sprawa pana Lecha nie ma rozstrzygnięcia sądowego. Kobieta, z którą się zderzył, oskarżyła go o spowodowanie wypadku, a sąd pierwszej instancji, na podstawie opinii biegłych, skazał go na grzywnę. Jednak mężczyzna wystąpił o prywatną ekspertyzę. Wynika z niej, że to narciarka jechała znacznie szybciej i stworzyła zagrożenie. W dodatku przyjmuje się, że osoba jadąca z góry, powinna wybrać odpowiedni tor jazdy, a narciarz na dole ma pierwszeństwo. Właśnie wniesiono apelację i sąd wznowił postępowanie.

- Nigdy nie rozmawiałem z tą panią. Nie miałem potrzeby, żeby się do niej zwracać. Gdyby siedziała tu obok, powiedziałbym jej, że zachowała się podle, bezwzględnie. Chroniąc siebie, była gotowa pogrzebać człowieka – dodaje pan Lech.

„Pijemy, żeby się rozgrzać”

Nie jest tajemnicą, że alkohol na stokach jest ogólnodostępny. Mimo że dopuszczalna dawka we krwi nie powinna przekraczać pół promila, zdarza się, że narciarze łamią przepisy i jeżdżą nietrzeźwi.

- Pijemy dla rozgrzania się. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś nie przesadzi, z umiarem to zrobi, to nic złego się nie stanie – mówi jeden z narciarzy.

- Jak już ktoś wypije za dużo, to nie sprzedajemy. Zdarza się, że jak ktoś przesadzi, to go zwozi ochrona koleją na dół – dodaje sprzedawca z punktu gastronomicznego na górze stoku.

Co na to policja?

- Policjanci nie mają na stokach alkomatów, gdyż te urządzenia mogłyby ulec uszkodzeniu. W razie podejrzeń wzywamy patrol, który podjeżdża pod stok i osoba jest badana pod kątem trzeźwości. Policjanci mogą nakładać mandaty w wysokości 500 zł. Jeśli ktoś takiego mandatu nie przyjmie, jest kierowany wniosek do sądu, gdzie grzywna może wynieść nawet 5000 złotych. Do takich sytuacji dochodzi kilkukrotnie w trakcie sezonu – podkreśla mł. insp. Sebastian Gleń z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

Od początku tego sezonu doszło już prawie do 1500 wypadków, w tym jeden okazał się śmiertelny.

- Przy ładnej pogodzie przypadków urazowych mamy w granicy 70 – 80 w ciągu doby. Przy brzydkiej pogodzie jest ich około 30 procent mniej. Zdarzały się w poprzednich sezonach przypadki, że urazy głowy doprowadzały do śmierci narciarzy – mówi dr Marian Papież ze Szpitala Powiatowego im. dr. T. Chałubińskiego w Zakopanem.

Dodaj komentarz