Pan Jan z panią Jadwigą wracali w niedzielę z kościoła. Tuż przed domem wysadzili sąsiadkę i wjechali na podwórko. Za nimi na ich posesję wjechał radiowóz. Pan Jan - zdaniem policji - miał zajechać im drogę i nie włączyć kierunkowskazu. To stało się powodem do interwencji, która zakończyła się dla pana Jana podbitym okiem a dla pani Jadwigi złamaną nogą.
- Jak już staliśmy na podwórku, on do mnie doleciał, otworzył drzwi i kazał mi wysiadać. Powiedziałem, że wysiądę, tylko niech da mi wjechać do końca, bo deszcz leje. On mnie wtedy złapał za ubranie i „pierdut” na ziemię. Zacząłem się podnosić, a on podszedł i mówi do mnie: „No i co?”. Znowu mnie pchnął, a ja znowu upadłem – relacjonuje Jan Przybyś.
- Ja chciałam podejść, on mnie zaatakował. Ja się nawet nie spodziewałam, że on mnie może zaatakować. Zaleciał mnie z boku i kopnął mnie w nogę. Ja upadłam i tę nogę złamałam – dodaje Jadwiga Przybyś.
Po pewnym czasie na podwórko przybiegła wnuczka państwa Przybysiów, która zaczęła nagrywać interwencję i syn, który wrócił właśnie do domu.
- Policjant powiedział do mnie, że mój ojciec zajechał im drogę. To spytałem czy za to trzeba było go pryskać gazem. Jak powiedziałem mu, że taką sytuacją mógł doprowadzić do śmierci, to powiedział: „I dobrze” – opowiada syn państwa Przybysiów, Mirosław.
Interweniująca policja wezwała wsparcie. Szybko przyjechał kolejny radiowóz i kolejnych dwóch funkcjonariuszy. Na podwórku pojawiła się również córka starszego małżeństwa, która przyjechała, gdy od brata dowiedziała się o całej sytuacji.
- Było trzech mężczyzn i jedna kobieta. I pomimo tego, że rodzice już tam ledwo żyli ze zmęczenia i rozpaczy, to byli pilnowani przez tych funkcjonariuszy, jakby mogli stamtąd uciec. Policja chciała, żeby pogotowie ich tylko obejrzało, bo chcieli ich załadować do swoich samochodów i ciągle byli przekonani, że będą mogli ich zabrać na komisariat. A jak pani doktor stwierdziła, że ich stan wymaga przewiezienia ich do szpitala, to policja sobie zażyczyła, by ich przewieźć do szpitala MSW, bo oni będą ich pilnować – mówi Bożena Szabłowska, córka państwa Przybysiów.
Policjanci mają zupełnie odmienną wersję zdarzeń. Według nich to pan Jan i pani Jadwiga zaczęli awanturować się i napadli na policjantów, co skutkowało tym, że funkcjonariusze musieli użyć siły i gazu pieprzowego, by uspokoić awanturujących się. Jeden z policjantów twierdzi, że został zaatakowany grabiami, przez co odniósł obrażenia barku i łopatki. W wyniku uderzenia miały też zostać rozdarte jego mundur i koszula.
- Jeszcze tego samego dnia, na miejscu pojawili się policjanci z działu kontroli, żeby przeprowadzić czynności wyjaśniające i zebrać materiał dowodowy. Jedno z postępowań, bo te postępowania w tej chwili są dwa, prowadzi w tej chwili prokuratura. Sprawdzają sprawę pod kątem czynnej napaści na funkcjonariusza – wyjaśnia Renata Laszczka-Rusek, Komenda Wojewódzka Policji w Lublinie.
Doniesienie w sprawie pobicia rodziców złożyła córka pokrzywdzonych. Prokuratura ma wyjaśnić czy funkcjonariusze przekroczyli swoje uprawnienia. Równolegle toczy się również śledztwo dotyczące czynnej napaści na funkcjonariuszy policji.
Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem - czekamy na Wasze zgłoszenia. Wystarczy w mediach społecznościowych otagować swój wpis (z publicznymi ustawieniami) #tematdlauwagi. Monitorujemy sieć pod kątem Waszych alertów.