Po sygnale od Fundacji Viva jedziemy do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie komisja ma oceniać konie w ruchu podczas drugiej tury badań. Tego dnia ma zostać przebadanych 17 koni, tymczasowo wycofanych z pracy w czerwcu, oraz konie, u których dzień wcześniej zauważono problemy ortopedyczne.

"Nic nie poradzimy"

Po raz pierwszy takie badanie dodatkowe odbywa się poza terenem parku, po raz pierwszy też w takiej tajemnicy. Żebyśmy nie mogli zobaczyć badań, fiakrzy tak parkują auta, że skutecznie zasłaniają widok naszej ekipie. Terenu pilnują też policjanci. Dlaczego tak się dzieje? Pytamy o to Prezesa Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka.

Mężczyzna jednak nie zgadza się na wyemitowanie swoich wypowiedzi. Twierdzi, że to on zgodnie z wymogami komisji wybrał odpowiedni teren, na którym ma się odbyć ta część badań. Zaznacza, że komisja zaleciła, by nie podchodzić zbyt blisko, a fiakrzy nie życzą sobie rejestrowania przebiegu badań. Żąda opuszczenia terenu.

O pomoc prosimy więc straż parku. - Nic nie poradzimy. Teren prywatny, my też nie mamy na to wpływu - mówi komendant straży parku.

W końcu w stronę naszej ekipy spłoszony zostaje koń. Przebiega tuż przed kamerą. Obecna na miejscu policja jednak nie robi w tej sprawie nic. - Proszę się udać do jednostki policji składać zawiadomienie - mówi jeden z policjantów. - Ja nie patrzyłem w tę stronę, proszę pani - tłumaczy.

Zmiana regulaminu

Dwa miesiące temu nasi reporterzy obserwowali jak przebiega pierwsza tura badań koni pracujących na trasie do Morskiego Oka. Takie badania organizowane są co roku i mają wykluczyć chore i niewydolne zwierzęta z pracy. Działania komisji oceniającej konie obserwowali także wolontariusze Fundacji Viva i klubu Gaja. Rejestrowali wszystko swoimi kamerami.

W reportażu pokazaliśmy, jakie zastrzeżenia mieli obrońcy praw zwierząt obserwujący pierwszą turę badań. Wolontariusze zwracali uwagę na to, że konie jadą na górę wolniej niż zwykle, a w kilku przypadkach czekają na badanie wysiłkowe prawie pół godziny, co sprawia, że w czasie testu są mniej zmęczone niż w czasie wysiłku. Zdaniem obrońców praw zwierząt tylko u części koni w prawidłowy sposób, czyli i w stępie i w kłusie wykonano ocenę ruchu. To bardzo ważne badanie, dzięki któremu można wykryć kulawizny niewidoczne podczas innej diagnostyki.

- Mieliśmy takie obawy, że kiedy te materiały zostaną wyemitowane, na pewno zostaniemy odsunięci od tych badań. Miałam takie przeczucie - mówi Anna Plaszczyk z fundacji Viva. Zaznacza jednak, że chciała ujawnić nieprawidłowości po to, by w przyszłości badania wyglądały tak, jak wyglądać powinny. - Pomyliłam się. Tatrzański Park Narodowy wykorzystał to przeciwko nam i postanowił nas odsunąć od badań, żebyśmy nie mogli monitorować tego, co się na nich dzieje - mówi Anna Plaszczyk.

"Taka była potrzeba"

Co ciekawe, już w trakcie badań, pomiędzy pierwszą a drugą turą, Tatrzański Park Narodowy zmienił regulamin. Zgodnie z nowymi zapisami decyzja o dopuszczeniu koni do pracy zapada większością głosów, a nie - jak było to wcześniej - jednomyślnie. Oznacza to, że lekarz weterynarii współpracujący z organizacjami prozwierzęcymi traci prawo weta w przypadku, gdy opinie są rozbieżne. Każdy członek komisji może mieć jedynie dwóch pomocników i to jedyna możliwość obserwowania badań przez obrońców praw zwierząt. Efekt jest taki, że teraz na teren badań dostęp mają wyłącznie członkowie komisji, ich pomocnicy oraz właściciele koni.

- Zmieniliśmy, gdyż taka była potrzeba - mówi jeden z pracowników TPN. Jak twierdzi, wcześniej w trakcie badań "niektóre osoby zachowywały się tak, jak się zachowywały", dlatego park zdecydował się na zmiany

Praca ponad siły

O sytuacji koni pracujących na trasie do Morskiego Oka po raz pierwszy zrobiło się głośno w 2009 roku, kiedy na oczach turystów padł koń Jordek. Rozpoczęła się wówczas wieloletnia kampania w obronie koni, które zdaniem organizacji prozwierzęcych pracują ponad siły. Świadczy o tym fakt, że co roku z 300 zwierząt pracujących na tej trasie wymienianych jest ponad 60. Choć fiakrzy bronią się, że na rotację wpływa głównie charakter zwierząt a nie przemęczenie, to część wycofanych koni trafia potem do ubojni.

Jaki jest powód takiego działania? Najprawdopodobniej finanse. - Pieniądze są właściwie niewyobrażalne dla przeciętnego człowieka - ocenia Cezary Wyszyński z fundacji Viva. Jak wylicza, fiakier może zarobić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. - To może być częściowa odpowiedź na pytanie, dlaczego to jeszcze trwa. Mając takie pieniądze można więcej. Można kupować sobie przychylność różnych organów, można ukrywać pewne rzeczy - mówi i dodaje: - Mamy nadzieję, że w obliczu dowodów opracowanych przez nas ktoś pochyli się nad tym problemem i przyzna, że TPN to nie jest miejsce, w którym powinno dochodzić do znęcania się nad zwierzętami na taką skalę - mówi.

- To urosło już do rangi symbolu - twierdzi Paweł Suski, poseł z parlamentarnego zespołu ds. zwierząt. Jak jednak sprawić, żeby fiakrzy zgodzili się na likwidację transportu konnego? - Ktoś musi ich zmusić - kategorycznie ocenia Suski. Według niego fiakrom pomagają lokalne organizacje, społeczności i samorząd. - Górale są bardzo zżyci, oni sobie pomagają. Nawet moi koledzy posłowie z tamtych terenów prosili mnie, żebyśmy odpuścili, żebyśmy dali sobie spokój - mówi.

"Opinia publiczna to obserwuje"

Prezes Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka odmówił spotkania przed kamerą tłumacząc się brakiem czasu. O transporcie konnym do Morskiego Oka i nieprawidłowościach podczas badań koni chcieliśmy porozmawiać z ministrem środowiska, który nadzoruje działalność parków narodowych. Przez kilka dni bezskutecznie próbowaliśmy umówić się na wywiad.

- Mamy wrażenie, że walimy głową w mur, ale to wszystko nie dzieje się w próżni. Opinia publiczna to obserwuje - mówi Cezary Wyszyński i opisuje sytuację, kiedy jego organizacja opublikowała zdjęcie kolejki turystów, którzy czekali na przewóz do Morskiego Oka. Reakcja ludzi w internecie go zaskoczyła. - Większość osób była tym oburzona - wspomina.

W programie wykorzystano nagrania filmowe Międzynarodowego Ruchu na Rzecz Zwierząt Viva! oraz z archiwum prywatnego Iwony Nowaczyk.

Dodaj komentarz