Schemat działania

Marek Otok rozpoczął budowę domu na początku tego roku. Firmę dekarską Tomasza K. polecił mu jego główny wykonawca. Całość prac, wraz z zakupem materiału, fachowiec wycenił na 32 tys. zł. Pan Marek zaakceptował kosztorys. Według planu prace miały rozpocząć się w lutym, ruszyły jednak dopiero miesiąc później.

- Przyjechał na jeden dzień, rozłożył rusztowania, ale żadne prace na dachu się nie rozpoczęły. Po pierwszym dniu pracy dałem temu człowiekowi siedem tys. zł. zaliczki. Jak dostał pieniądze, ślad po nim zaginął – opowiada Marek Otok.

Jak fachowiec tłumaczył swoją nieobecność?

- Kiedy zadzwoniłem z pytaniem czemu go nie ma, odpowiedział, że mieli wypadek samochodowy i na razie nie przyjadą do mnie. Sprawdziłem, wypadek faktycznie był – opowiada pan Marek. I dodaje: - Potem napisał do mnie wiadomość, że znalazł nowy samochód, ale brakuje mu pięciu tysięcy złotych, żeby go kupić i do mnie przyjechać. Przelałem mu te pieniądze, chciałem człowiekowi pomóc. I kolejne pieniądze poszły w eter.

Po jakimś czasie dekarz zwrócił panu Markowi cztery tysiące złotych.

„Na początku byliśmy zadowoleni”

Żadnych pieniędzy nie odzyskała za to rodzina Stocksów ze Szczyrku. Rok temu Tomasz K. podjął się remontu dużego dachu mansardowego w ich domu. Prace miały trwać miesiąc.

- Za cały remont mieliśmy zapłacić ok. 120 tys. zł. 30 procent miało być zapłacone w dniu podpisania umowy, kolejne 30 po rozpoczęciu prac. Reszta, czyli 40 procent, miało być zapłacone po zakończeniu robót – opowiada James Stocks.

Mężczyzna przyznaje, że na początku był zadowolony z postępów prac.

- Jednak kiedy przyszło do układania dachówek, okazało się, że ten dach jest skomplikowany i praca stała – mówi Stocks.

Dach mansardowy jest wielopołaciowy i łamany, dlatego wymaga dużych umiejętności od dekarzy. Roboty przeciągały się z tygodnia na tydzień, aż do jesieni.

- Przez powstałe w dachu dziury, deszcz wpadał nam prosto do domu. Udostępniliśmy im jeden z naszych pokoi, żeby nie musieli dojeżdżać do pracy. Wokół okna powstał ogromny zaciek. Zamiast się nim zająć, to tak po prostu tam żyli – opowiada pan James. I dodaje: - Często miał jakieś wymówki. Mówił, że jest w szpitalu, albo że z żoną coś się stało, a to z dzieckiem. Potem wymyślał jakieś abstrakcyjne historie, że koń go kopnął. W pewnym momencie uznaliśmy, że to oszust.

26 tysięcy zł zaliczki

Poszkodowane czują się też rodziny państwa Krzykawskich i Titow, mieszkające w jednym bliźniaku. Tomasz K. wziął od nich w sumie 26 tys. zł. zaliczki.

- Miała się odbyć przebudowa budynku, podwyższenie i wymiana dachu. Ten człowiek wyszedł z propozycją, żeby dać mu zaliczkę na materiał. Od nas wziął 13 tysięcy, od sąsiadów też. Nie kupił za to nic – wskazuje Paweł Titow.

- Znalazł sobie łatwy sposób na dorabianie. Jeśli normalnie gdzieś pracuje, to dorabiał sobie, biorąc zaliczki od ludzi – uważa Kamil Gładki.

29 wyroków

Tomasz K. ma 29 wyroków cywilnych, wzywających do zwrotu pieniędzy. Ma też pięć wyroków karnych za oszustwa. Za każdym razem dostawał kary w zawieszeniu i obowiązkowe prace społeczne. Obecnie w sądzie w Będzinie toczy się kolejny proces przeciwko niemu. W kwietniu tego roku zapadł wyrok nakazowy, skazujący go na ograniczenie wolności, polegające na wykonywaniu prac społecznych - 30 godzin miesięcznie przez półtora roku. Od tego wyroku sprzeciw złożył jednak prokurator. Według niego kara była niewspółmierna do uprzedniej karalności oskarżonego.

- Nie wiem, ile ten pan miał wyroków skazujących i czy w ogóle je miał. Sąd oczywiście zapoznawał się z materiałem zgromadzonym przez prokuratora i uznał, że taka kara jest wystarczająca za taki czyn. Jest to dotkliwa kara – tłumaczy sędzia Elżbieta Urban, prezes Sądu Rejonowego w Będzinie.

Po ponownym rozpoznaniu sprawy, w lipcu tego roku sąd skazał Tomasza K. na sześć miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności. Apelację od tego wyroku złożył jego prawnik.

- Nasi politycy wielokrotnie zostają skazani i dalej działają i mają to głęboko gdzieś. Nie róbcie ze mnie potwora, bo nim nie jestem. Niestety, tak się złożyło i tak wyszło. Nie miałem zamiaru tych ludzi okraść, taka sytuacja się zdarzyła. Teraz zapierdzielam od świtu do zmierzchu, żeby to wszystko ponaprawiać – mówi Tomasz K.

Dekarz deklarował, że do końca września zwróci pobrane zaliczki poszkodowanym klientom. Pomimo jego zapewnień, do tej pory pieniądze odzyskał tylko jeden z bohaterów naszego reportażu. Inne rodziny zapowiadają, że będą walczyć w sądzie.

- Żeruje na ludzkiej naiwności, uczciwości. Facet jest bez skrupułów, czy ktoś ma pieniądze, czy nie ma, czy ma kredyt, czy chore dziecko. Liczy się tylko to, żeby on miał z tego pieniądze – kwituje Marek Otok.

Dodaj komentarz