- To wyszło nagle. Syn miał się iść kąpać i zaczął się rozbierać. Zapomniał, że ma na ciele ślady, które były spowodowane tym, że dostał od trenera, kolejny raz pasem od kimona namoczonym w wodzie - opowiada matka jednego z zawodników.

Kilka tygodni temu do naszej redakcji dotarły niepokojące informacje dotyczące łódzkiej szkoły tajskiego boksu. Według krążących w środowisku pogłosek, jeden z trenerów z niejasnych powodów miał znęcać się nad swoimi najmłodszymi zawodnikami. Chłopiec, do którego dotarli nasi dziennikarze ma zaledwie 11 lat. Jest jednym z najbardziej utytułowanych zawodników tej szkoły.

- Zmienił się syn przez ostatni okres trenowania tutaj. Stał się wyciszony, bardziej zamknięty w sobie. Nie rozmawiał ze mną tak jak zawsze. Pomyślałam, że może zaczyna dojrzewać i ma jakieś swoje gorsze dni, kryzysy. Dzieci nie mają ojca. Mój mąż zmarł sześć lat temu. Trener wykorzystał naszą sytuację. Moją naiwność, że mu zaufałam. To, że cieszyłam się, że dziecko jeździ na zawody, ma sukcesy. Ale nie sądziłam, że dochodzi do takich rzeczy – dodaje matka chłopca.

- Straciłem zapał do trenowania, gdy trener zaczął mnie bić. Mówił, że to będzie nasza tajemnica, żebym nikomu nie mówił tego. Ostatni raz powiedział, żebym mu w czymś pomógł. Poszedłem z bratem, pomogliśmy i usiedliśmy w jego biurze. Powiedział, że coś nabroiliśmy. Mieliśmy wtedy rozebrać się do naga, kucnąć na kanapie. Wziął swój czarny pas i nas zaczął bić. Dostałem z 12, albo 11 razy z otwartej ręki a wcześniej z pasa. Bardziej boli z ręki. Potem miałem zrobić 10 na pięściach pompek, robił mi zdjęcia tyłka, bo miałem ślady. Pokazał i powiedział, że mam nikomu nie mówić - opowiada podopieczny Roberta K.

Trener chłopca, Robert K., jest właścicielem szkoły sztuk walki w Łodzi. Jest także głównym szkoleniowcem polskiej reprezentacji Muaythai dzieci i kadetów. Prywatnie kawaler, mieszka z matką.

- On nie dostał wcale mocno, ale te dwa razy czy jeden były mocniejszy i dlatego był taki ślad. To nie było tak, że stał i wszystkie mu zrobiłem z całej siły dla swojej przyjemności. Ja trochę jestem z wychowania spartańskiego. Jak zasłużyłem dostawałem od ojca lanie na goły tyłek - mówi Robert K., trener tajskiego boksu.

Oficjalnym powodem ukarania chłopców było ich złe zachowanie w szkole. Informacje na ten temat miała przekazać trenerowi dyrektorka podstawówki, w której mieści się również szkoła sztuk walki.

Mimo licznych sukcesów i dobrze zapowiadającej się kariery chłopak zrezygnował ze sportu. Dopiero po kilku tygodniach trafił pod skrzydła nowego trenera.

- Był zamknięty w sobie, cichy, spokojny, czekał na trening z boku, nie integrował się z grupą. Dopiero po kilku treningach, kiedy zobaczył, że nie każdy klub wygląda tak jak tamten, zobaczył jakie jest podejście naszych instruktorów, to dopiero zaczął się otwierać – mówi Michał Kostrzewski, trener tajskiego boksu.

Sprawą na wniosek matki i dyrekcji szkoły zajęła się łódzka prokuratura. Chłopcy zostali przesłuchani a biegli uznali ich wyjaśnienia za spójne i wiarygodne. Mimo to, skierowany do sądu akt oskarżenia objął tylko i wyłącznie kwestię naruszenia nietykalności cielesnej. Prokuratura złożyła też wniosek o ukaranie trenera grzywną w wysokości 1000zł, bez przeprowadzenia rozprawy. Po interwencji UWAGI! trener chłopców będzie musiał złożyć swoje wyjaśnienia przed łódzkim sądem.

- Tego typu zachowania niepokoją i trudno je racjonalnie oceniać. Nie mniej w ocenie prokuratora prowadzącego brak jest podstaw ku temu, aby zachowaniom trenera nadawać jakikolwiek inny podtekst, zwłaszcza o charakterze seksualnym. Nie mamy informacji o fotografowaniu chłopca przez trenera, nie było też powodów, aby wprost o te kwestie pytać, ponieważ tego typu dane nie pojawiły się w żadnych innych źródłach dowodowych. Ostatecznie prokurator cofnął wniosek o wydanie wyroku skazującego bez przeprowadzenia rozprawy, a więc wszystko wskazuje na to, że proces w tej sprawie będzie się toczył – mówi Krzysztof Kopania, rzecznik prasowy łódzkie prokuratury okręgowej.

Dodaj komentarz