Przyjechali po lepsze życie

Rodzinny dramat rozegrał się w Tarnowie, w jednym z mieszkań w centrum miasta, w którym od czterech miesięcy mieszkało młode małżeństwo z Ukrainy wraz z niepełnosprawnym synem. 

- Sprawiali dobre wrażenie. Nie widać było, że to jakaś patologia, normalna rodzina – podkreśla Tadeusz Tomaszewski, sąsiad.

Siedmioletni Maksym cierpiał na dziecięce porażenie mózgowe. Opiekowała się nim głównie matka, ojciec pracował jako kucharz w jednej z tarnowskich restauracji. Chłopiec wymagał stałej rehabilitacji. To właśnie dla niego rodzice zdecydowali się opuścić rodzinny Mikołajów i przyjechać do Tarnowa, który miał być wielką szansą dla Maksyma.

- Przyjechali do Polski, żeby poprawić swój los. Żeby ich syn zaczął chodzić. Tu im powiedzieli, że będą mogli się ubiegać o wsparcie finansowe dla dziecka. Że będzie mógł tu chodzić do szkoły, w której jest centrum rehabilitacji. Czekali już na telefon z decyzją, czy przyjmą Maksyma do szkoły – mówi matka Dmytra T.

- Jego nie było całymi dniami, pewnie pracował, a ona z tym dzieciakiem, biednym, chorym. Mieli taki specjalny wózek i czasem próbowała go za rękę trzymać, żeby próbował chodzić – dodaje Tadeusz Tomaszewski.

„Zakrwawiony, w samych bokserkach”

Siedmioletni Maksym zmarł od ciosów zadanych przez ojca. Jego matka z licznymi ranami przebywa w szpitalu.

- Zdarzenie rozegrało się w mieszkaniu między członkami tej rodziny. Z zeznań Anastazji T. wynika, że była z synkiem w łóżku. Jako pierwszy tego dnia wstał Dmytro, ale wrócił jeszcze do łóżka. Po chwili ponownie wstał, poszedł po nóż i ich zaatakował. Najpierw zadawał ciosy nożem synkowi, matka zasłoniła go własnym ciałem – opowiada Mieczysław Sienicki z Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.

- Usłyszałam straszny krzyk kobiety, przeraźliwy – relacjonuje jeden ze świadków.

- Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem faceta w bokserkach, był cały zalany krwią. Leżał na trawniku, pod balkonem – opowiada Tadeusz Tomaszewski. I dodaje: - Prawdopodobnie się wystraszył, kiedy wyszedł sąsiad i zaczął krzyczeć. On musiał być w amoku, skoro uciekał w majtkach, cały zakrwawiony i skoczył przez okno.

„Nie mogę w to uwierzyć”

Dmytro T. mieszkał w Tarnowie od trzech lat. Cztery miesiące temu dołączyła do niego żona z synem. Matka podejrzanego przyjechała do Polski, gdy tylko dowiedziała się o tragedii.

- Czuję ból, stratę. Nic nam nie zostało. Mamy tylko synową, bo straciliśmy syna i wnuka. Rozumiem, że już go nie wypuszczą, że trafi do więzienia, jeśli przeżyje. To mój jedyny syn – wyznaje. I dodaje: -Zapytałabym go, jak można kochać syna i go zabić. Powiedziałam: „Może to nie była miłość, jak mogłeś to zrobić. Zabrałeś nam jedynego wnuka”. To bardzo boli. Po co mam dalej żyć?

27-letni Dmytro T. usłyszał już zarzut zabicia syna i usiłowania zabójstwa żony. Sąd wydał decyzję o trzymiesięcznym areszcie. Prosto ze szpitala, do którego trafił po upadku z balkonu, został przewieziony do zakładu penitencjarnego w Bydgoszczy.

- Nie mogę zrozumieć, co się stało. Może się bał. Może ktoś go tu wystraszył, nie wiem – zastanawia się matka sprawcy.

Dmytrowi T. za zabójstwo syna i usiłowania pozbawienia życia żony grozi kara od ośmiu lat do dożywotniego pozbawienia wolności.

Dodaj komentarz