Największe w Polsce koczowisko Romów znajduje się 10 minut od ścisłego centrum stolicy Wielkopolski. Na ponad pięciohektarowej działce było kiedyś 140 ogródków działkowych. Okazało się jednak, że właścicielem terenu nie jest miasto, a prywatna osoba. Kilkanaście lat temu nakazano wyprowadzkę działkowcom.

- Ci ludzie weszli, nie troszczą się i nie gospodarują tak, jak prawdziwi gospodarze, którzy są odpowiedzialni za swój teren. Zajęli pustostan, teren opuszczony przez działkowców, którzy nie mieli wyjścia. I to są te problemy, które się pojawiły przez przyjście niezapraszanych gości – mówi Zdzisław Śliwa, prezes Okręgowego Związku Działkowców w Poznaniu.

Konflikt

Od 2013 roku na ograbionym i zdewastowanym terenie po byłych ogródkach działkowych zaczęła się osiedlać społeczność romska pochodzenia rumuńskiego, to nie spodobało się niektórym mieszkańcom poznańskich Winogradów, bo koczownicy zaczęli być uciążliwi.

- Palenie ognisk to jest chyba numer jeden, co nam wszystkim mieszkańcom przeszkadza – uważa pani Halina. I dodaje: - Czy pan w swoim domu zapaliłby śmieciami? Na pewno nie, bo sąsiad zaraz zadzwoniłby na policję, czy straż miejską. Trzeba zapłacić dużą karę. A oni nic. Trują nas osiem lat.

- W 2020 roku było pięć interwencji. W tym roku interweniowaliśmy tam już dwa razy. W głównej mierze były to pożary różnego rodzaju śmieci – mówi st. kpt. Michał Kucierski, rzecznik poznańskiej Straży Pożarnej.

Jednak problemów ma być więcej.

- Mieszkańcy zgłaszają mi, że rumuńskie dzieci niszczą place zabaw. Jak mieszkańcy zwracają im uwagę, to padają w ich stronę wyzwiska – mówi Bartosz Werner.

Z kolei zdaniem części sprzedawców sklepów sąsiadujących z koczowiskiem, zdarzają się kradzieże z udziałem Romów.

- Kradną, niby kupują, ale większość rzeczy ginie. Kiedyś grożono mi podpaleniem za to, że nie chciałam wypuścić ich ze sklepu i powiedziałam, że wezwę policję – mówi pracownica sklepu.

- Mieszkają tutaj starsi ludzie i boją się jakiś zatargów, które mogą się różnie skończyć na przykład przemocą fizyczną – mówi jeden z seniorów.

- Zgłaszanych jest sporo interwencji. W ubiegłym roku było ponad 60 zgłoszeń, głównie dotyczyły głośnego puszczania muzyki, okrzyków, czy też palenia ognisk – mówi mł. insp. Andrzej Borowiak, rzecznik Komendanta Wojewódzkiego Policji w Poznaniu.

Pomoc

Z roku na rok na koczowisku mieszka coraz więcej osób, obecnie około 150, część to wielopokoleniowe rodziny z małymi dziećmi.

Romom oprócz stowarzyszeń i organizacji pomaga miasto, wielu z koczujących to podopieczni Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu.

- Tak jak pomagamy innym mieszkańcom Poznania, tak pomagamy też tej grupie. Ta grupa jest u nas zakwalifikowana jako osoby bezdomne. Świadczymy całe spektrum pomocy zgodnej z ustawą. Jest to pomoc materialna, finansowa, pozafinansowa, a także codzienne wsparcie i praca pracownika socjalnego – wylicza Anna Zając-Dom, zastępca dyrektora MOPR w Poznaniu.

Marysia i Gole

Romowie są nieufni, nie chcą rozmawiać z Polakami, którzy pojawiają się na koczowisku. Po kilkunastu dniach negocjacji i pomocy ze strony organizacji zostaliśmy zaproszeni przez jedną z romskich rodzin.

Marysia i Gole na koczowisku mieszkają od kilku lat, mają trzech synów, najmłodszy urodził się w tym miejscu.

- Jak przyjechaliśmy tutaj, byliśmy dziećmi, żebraliśmy. Wybraliśmy to miejsce, bo mamy tutaj rodzinę i dlatego, że są tutaj domki. Myśleliśmy, że zrobimy sobie domek i będzie lepiej niż w Rumunii – tłumaczą.

Dziś są już świadomi problemów.

- Warunki mieszkaniowe tutaj to masakra. Mamy dzieci, które chodzą już do szkoły i muszą mieć dobre warunki – mówi Gole.

- Nasze dzieci wstydzą się powiedzieć w szkole, gdzie mieszkają – dodaje Marysia.

Z czego się utrzymują?

- Mamy zawieszki zapachowe do samochodów i rozdajemy je na skrzyżowaniach – zdradza Gole.

- Nie wiem, dlaczego przeszkadzamy mieszkańcom Poznania. Chodzą tutaj chuligani i rzucają kamieniami – dodaje.

Czemu Marysia i Gole nie pracują?

- Trudno dostać pracę, jak nie ma się szkoły i nie umie czytać. Ja i żona chętnie poszlibyśmy do pracy. Nawet dzisiaj – przekonuje Gole.

„Wieloletnia polityka wykluczenia”

Problem koczowisk pojawił się już w latach 90.

- Polega na tym, że ta społeczność przez 30 lat była traktowana jak nomadzi. Że to element ich kultury, dzisiaj są, a jutro ich nie ma. W takim razie nie trzeba im w ogóle pomagać. Koczowisko jest efektem wieloletniej polityki wykluczenia – uważa Karolina Czarnota z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

Nie wszystkim podoba się takie sąsiedztwo.

- To jest nie do pomyślenia, płacimy podatki, a prezydent Jaśkowiak się z nami nie liczy. Powiedział, że zrobi z nimi porządek i jakoś to załatwi, a ustawił im kontenery i toalety. Na nasz koszt pobierają z pompy wodę. To jest na nasz koszt, wszystkich mieszkańców tego miasta – stwierdza jedna z mieszkanek Poznania.

„Zasada czystości”

W Polsce mieszka ponad 30 tysięcy Romów. Większość z nich prowadzi normalne życie. Spotykaliśmy się z prezesem stowarzyszenia Romów w Polsce, który zna problem największego w kraju nielegalnego koczowiska.

- Jest mi bardzo przykro i współczuję mieszkańcom za takie sąsiedztwo – mówi Roman Kwiatkowski. I tłumaczy: - To są moim współbracia, nie mam zamiaru się od nich odcinać, ale przyjeżdżając do innego państwa, trzeba przestrzegać wszelkich norm i obowiązków. Jak dojdzie do złamania prawa, nikt nie będzie patrzył na moje pochodzenie etniczne, tylko wlepi mi mandat i każe opuścić teren. Nie wiem, dlaczego w Polsce to jest ciągle tolerowane. Samorządy, władze miejskie są wystarczająco wyposażone w instrumenty, żeby zwalczać tego typu zjawiska.

- Należę do pokolenia, które żyło w taborach, ale nigdy nie było takiej sytuacji, żebyśmy mieszkali w takich warunkach. Jest zasada czystości – podkreśla.

O koczowisko zapytaliśmy zastępcę prezydenta Poznania.

- Ten teren jest zaśmiecany, wygląda bardzo niechlujnie, nie po poznańsku – przyznaje Jędrzej Solarski. I wyjaśnia: - Jest to teren osoby prywatnej, która jest za niego odpowiedzialna. Właścicielka przebywa za granicą, prawdopodobnie w Stanach Zjednoczonych – nie ma z nią żadnego kontaktu. Powinniśmy zlecić to jej, bo to jej obowiązek. Problem jest naprawdę bardzo trudny do rozwiązania. Nie możemy tych ludzi deportować. Te osoby przyjechały tutaj legalnie, to są członkowie Unii Europejskiej. Część dorosłych to są analfabeci, jest z nimi utrudniony kontakt.

Zdaniem Solarskiego społeczności romskiej potrzebne są kursy języka polskiego.

- Część osób się tam urodziła i nie zna innego życia poza koczowiskiem. To wszystko się dzieje, ale będzie to trwało. Dla nas najważniejsze jest to, żeby to miejsce było jak najmniej uciążliwe dla naszych mieszkańców – zaznacza.

Kilka tygodni temu w Wielkopolskim Urzędzie Wojewódzkim odbyło się spotkanie przedstawicieli instytucji i organizacji, które działają na rzecz Romów z koczowiska. W lipcu planowane jest kolejne spotkanie z Romami, już na samym koczowisku z udziałem tłumaczy.

Dodaj komentarz