14-letni Paweł urodził się z wodogłowiem. Wszczepiono mu do głowy zastawkę, dzięki której normalnie dorastał. Był świetnym uczniem, miał wzorowe zachowanie, uprawiał sport. Wracamy do historii, którą pokazaliśmy Państwu kilka miesięcy temu.

Zerwana zastawka

Wszczepiona w niemowlęctwie zastawka zerwała się latem, podczas klasowej wycieczki. Płyn mózgowo-rdzeniowy, odprowadzany przez dren zaczął zalewać mózg chłopca. Taka sytuacja wymaga natychmiastowej operacji.

- Najgorsze wspomnienie to ten 12 czerwca. Wtedy syn poszedł na wycieczkę. Jeszcze pomachał mi z dołu. Odmachałam mu. Potem pamiętam jeszcze jego słowa, jak siedział na ławce i mówił, że go boli głowa i że bardzo boi się operacji. To były jego ostatnie słowa. Od tego czasu nie odezwał się. Bardzo mi tego brakuje – wspomina Lucyna Rek, matka Pawła.

Wezwane do Pawła pogotowie przyjechało dwukrotnie. Za pierwszym razem lekarz miał kompletnie zlekceważyć słowa matki o możliwym zerwaniu zastawki. Za drugim razem wpisał w kartę pacjenta, że dziecko symuluje, udaje nieprzytomnego. Paweł trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie.

- Uważam, że lekarz nie wiedział, co robi. To jest niemożliwe, żeby otrzymać od rodziców takie informacje o historii choroby, opis objawów i nie zareagować. To powinna być bardzo szybka reakcja - dodaje Marcin Rek, ojciec.

Brak staranności i uwagi

Jak ustalili dziennikarze Uwagi! postępowanie lekarza, który zlekceważył typowe objawy uszkodzenia neurologicznego, wskazuje na brak staranności i należytej uwagi. Jednak to, co stało się podczas drugiej wizyty po telefonie matki, w którym informowała, że stan chłopca się pogarsza i nie może go dobudzić, jest wstrząsające. Lekarz zapisał w karcie pacjenta, że chłopiec symuluje.

- Myślę, że lekarz powinien tu przyjść i zobaczyć jak syn udaje nieprzytomnego. Bo on tak napisał w karcie – podkreśla pani Lucyna.

Kiedy chłopiec w końcu trafił do szpitala, lekarze zdecydowali o natychmiastowej operacji, która uratowała mu życie. Jednak uszkodzenie mózgu okazało się ogromne.

- Pragnę tego, żeby jego zdrowie wróciło z dnia na dzień, tak jak odeszło. Wiem, że to niemożliwe, ale głęboko wierzymy, że pewnego dnia się do nas odezwie, a jego życiowe funkcje będą wracać. Walczymy o to. Szukamy Pawłowi najlepszych fachowców – zaznacza Marcin Rek.

Dopiero dwa miesiące po naszym reportażu rzecznik odpowiedzialności dyscyplinarnej rozpoczął postępowanie wyjaśniające. Dyrekcja pogotowia nie złożyła takiego wniosku. Po czterech miesiącach rzecznik wciąż zbiera informacje.

- Okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej sprawdza i bada, czy w tej sytuacji nie doszło do przewinienia. Trwa to tak długo, ponieważ na zebranie materiału dowodowego i świadków potrzeba czasu. Rzecznik, by to ustalić ma, co najmniej sześć miesięcy. Takie są procedury –mówi Alicja van der Coghen, rzezcznik prasowy Śląskiej Izby Lekarskiej.

Nadzieja

Paweł od pół roku pozostaje w śpiączce. Rodzice z pomocą przyjaciół zebrali pieniądze na internetowej zbiórce. Dzięki temu Paweł trafił do prywatnego ośrodka rehabilitacji, prowadzonego przez prof. Jana Talara. To ośrodek, w którym próbuje się wybudzać pacjentów nawet wtedy, gdy inni lekarze nie dają już nadziei. Profesor stosuje tu własne autorskie metody, min. stymuluje głowę chłopca falami elektromagnetycznymi, które głęboko penetrują i pobudzają mózg.

- Najważniejszym elementem strategii jest pozytywne myślenie. Nie ma sztywnych granic, które osiągniemy. Nie można też mówić, że w najlepszym wypadku będzie poruszał się na wózku. Jeśli się nie stawia zadań, to się nie osiąga celów – mówi prof. Jan Talar z Kliniki Neurorehabilitacji Klinicznej i Rodzinnej w Kamieniu Małym.

Paweł jest poddawany codziennie intensywnej rehabilitacji ruchowej. Rodzice, którzy każdą swoją chwilę poświęcają na ratowanie zdrowia syna, zbierają fundusze na jego leczenie TUTAJ

Dodaj komentarz