Hałas i fetor

Mieszkańcy niewielkiej wsi w województwie opolskim, od dawna uskarżali się na psy, żyjące w jednym z tamtejszych gospodarstw. Z ich relacji wynika, że zdarzało się, że zwierzęta biegały po wiosce bez opieki. A z posesji, gdzie przebywały, wydobywał się potworny fetor.

- To było ze dwadzieścia, trzydzieści psów. Ciągle było słychać piszczenie, ujadanie. Te psy uciekły jej w lutym 2019 roku. W sumie kilkanaście wygłodzonych psów - opowiada sąsiadka Maria Kołodziejek i dodaje: Widziałam nieraz jak karmiła je padliną, jakimiś odpadami. Inni sąsiedzi widzieli, jak karmiła je padłymi kurami, takimi jeszcze z piórami.

- Kilka psów i ich szczekanie na wsi nikomu by nie przeszkadzało. Najgorszy był ten smród, nie szło wytrzymać. Te psy powinny być wyprowadzane, a one wychodziły tylko wtedy, gdy jej uciekły – dodaje inny z sąsiadów.

Do wójta gminy i Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami trafiały skargi. Działacze Towarzystwa przyjechali sprawdzić, co się dzieje na miejscu.

- Byliśmy gotowi na 30 psów, które przeliczyliśmy dzień wcześniej. Właścicielka zwierząt podawała, co chwila inną liczbę, więc nie mam pewności, czy ona sama znała ostateczną liczbę zwierząt, którą odebraliśmy – mówi Aleksandra Czechowska z opolskiego TOZ-u.

Okazało się, że w domu i na podwórzu było ponad 60 psów. Zagłodzonych i skrajnie zaniedbanych.

- Były bardzo wychudzone, z olbrzymimi ranami. Miały je na całej powierzchni ciała. Były w bardzo złym stanie psychicznym, wręcz graniczącym ze stanem dzikości – podkreśla Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt. I dodaje: Nie możemy przy tych psach zrobić nawet podstawowych czynności. To są silne psy psychiczne, żeby doprowadzić je do takiego stanu, takiej kondycji psychicznej, to trzeba naprawdę się postarać. To jest znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem.

Psy zabrano z posesji i rozwieziono do trzynastu różnych miejsc. Siedemnaście psów w najcięższym stanie trafiło do azylu Pogotowia dla Zwierząt.

Rzadka, wymagająca rasa

Odebrane psy to bardzo rzadka rasa – moskiewski stróżujący. To jedne z największych i najbardziej wymagających psów świata.

- Dziennie powinny przebiegać minimum 5 km. Poza wyjściem na zewnątrz, powinny mieć w domu też przestrzeń do swobodnego poruszania się – mówi Jarosław Kaczan z hodowli "Orsłan". I dodaje: Pies musi mieć kontakt z wieloma bodźcami, potrzebuje także człowieka, żeby się go nie bać. Gdy pies jest zamknięty w klatce, zaczyna się wszystkiego bać, a gdy się boi, jest agresywny.

Wszystkie odebrane psy należały do 63-letniej lekarz weterynarii, która od lat nie prowadzi praktyki i nie pracuje w zawodzie.

- To bardzo sprytna osoba, komunikatywna, która wyprowadzała wszystkich w pole od wielu lat. Nie afiszowała się z miejscem, gdzie prowadziła hodowlę. Kilkukrotnie je zmieniała – zdradza Grzegorz Bielawski.

Barbara Ś. od lat prowadziła hodowlę i sprzedawała szczenięta. Robiła to nielegalnie. Nie miała wymaganych pozwoleń, nikt nie sprawdzał jej działalności.

- Pani Barbara zgłosiła się do mnie raz. Złożyła wniosek, za którym nie poszły żadne działania. Wniosek okazał się być bez pokrycia, więc został odrzucony – mówi Bogusław Gąsiorowski, wójt gminy Lubsza.

Niebezpieczne

Moskiewski pies stróżujący to bardzo niebezpieczna rasa. Właściciel takiego psa musi mieć specjalne pozwolenie. Barbara Ś., mimo braku zgody wójta, hodowała psy.

- Sąd trzykrotnie nakazywał zapłatę grzywny w trypie nakazowym. Te wyroki nie były skarżone przez żadną ze stron. Pani grzywien nie opłaciła, aktualnie toczą się postępowania egzekucyjne – mówi Daniel Kliś z Sądu Okręgowego w Opolu.

Z ustaleń naszego reportera wynika, że kobieta w ostatnich latach przetrzymywała psy, w co najmniej pięciu miejscach na terenie województw dolnośląskiego i opolskiego. Wszędzie sytuacja wyglądała podobnie. Była weterynarz trzymała zwierzęta zamknięte w domach i budynkach gospodarczych. Sama pojawiała się tam raz na kilka dni.

Mimo próśb, Barbara Ś. nie chciała spotkać się z nami przed kamerą. Udało się jedynie porozmawiać z nią przez telefon.

- Nie było podstaw do odebrania mi zwierząt. Z zawodu jestem lekarzem weterynarii, jestem międzynarodowym sędzią kynologicznym, pracuję 30 lat w zawodzie. Nie jestem hodowcą, który nazbierał sobie psów i sobie z nimi nie radzi. Mam wieloletnie doświadczenie i wiem, jak to się robi – przekonuje. I dodaje: Tym psom naprawdę nie działa się krzywda, wręcz przeciwnie. Miały tam swój świat, swój raj. Tak, raj, bo zwierzęta inaczej niż ludzie to odczuwają.

Psy dochodzą do siebie w licznych domach tymczasowych, schroniskach i azylach. Wciąż formalnie są własnością byłej lekarz weterynarii, która zapowiada walkę o ich odzyskanie. Utrzymanie i leczenie tych pięknych olbrzymów kosztuje bardzo dużo. Pogotowie dla Zwierząt i opolski TOZ zbierają w internecie pieniądze na ten cel. W prokuraturze wszczęto postępowanie.

Dodaj komentarz