Adam Wciślak i jego żona Anna mają dwoje dzieci: 5-letnią Andzię i 7-letniego syna Karola, który praktycznie nie wychodzi z domu.

"Nawet nie dali mi go przytulić"

- Kiedy dowiedziałem się, że będę miał syna, byłem najbardziej szczęśliwym facetem na świecie. Miałem marzenia związane z synem. Myślałem, jak go nauczę stolarstwa, grania w piłkę. Mam syna, ale on nigdy nie pozna prawdziwego życia. On nie wie, kim ja jestem, kim on sam jest, i nigdy się tego nie dowie - mówi pan Adam.

Pani Anna wspomina, że ciąża przebiegała u niej prawidłowo i żaden lekarz nie zwrócił uwagi na jakiekolwiek problemy. - Zaczęło się w 38. tygodniu, wystąpiło nadciśnienie - wspomina kobieta i dodaje, że wtedy lekarz prowadzący ciążę kazał jej natychmiast udać się do szpitala, co uczyniła.

- Żona informowała pielęgniarki, położne, że słabiej odczuwa ruchy dziecka. Prosiła lekarzy o cesarskie cięcie. Pani doktor przychodziła całą noc i ciągle mówiła: "nie ma wskazań, nie ma wskazań" - opowiada pan Adam. O tym, że operacja jednak się odbędzie, zdecydował w końcu drugi lekarz, który przyszedł na oddział. - Zrobili to cięcie, wyciągnęli go, ale nawet mi go nie dali przytulić, tylko przenieśli górą. Widziałam, że był cały siny - relacjonuje matka dziecka, a jej mąż wspomina, że zaraz potem dowiedział się, że dziecko dostało tylko dwa punkty w skali Apgar. - Z początku nie wiedziałem, co to znaczy - przyznaje mężczyzna.

Walka o sprawność

Dwa punkty w dziesięciostopniowej skali Apgar w przypadku Karola oznaczały ciężkie niedotlenienie. Chłopiec spędził na oddziale patologii noworodka kilka tygodni. Tam lekarze stwierdzili u niego porażenie mózgowe, małogłowie i padaczkę. Karol jest dzieckiem niepełnosprawnym z głębokim stopniem upośledzenia.

- Chłopczyk od czasu, gdy go widziałam po raz pierwszy w wieku 20 miesięcy, do chwili obecnej poczynił bardzo niewielkie postępy - mówi neurolog Lucyna Horodecka-Wardęga. Jak ocenia, u dziecka poprawił się kontakt emocjonalny z rodzicami, ale wciąż nie jest w stanie wykonywać np. samodzielnych obrotów na boki, czy zmiany pozycji ciała z brzucha na plecy.

Dla rodziców Karola każdy dzień to walka o poprawienie stanu zdrowia dziecka. Ze względu na niskie dochody nie mogą sobie pozwolić na kosztowne turnusy rehabilitacyjne, dlatego korzystają z domowych wizyt terapeuty. Pracuje on głównie nad tym, żeby nie pogłębiały się przykurcze stawowe.

- Taka rehabilitacja z pielęgnacją to jest codzienny wysiłek - mówi rehabilitant Piotr Szafraniec i przyznaje, że z powodu wysokich kosztów nie jest u rodziny każdego dnia.

Pieniądze potrzebne do życia

Rodzice Karola podejrzewali, że stan zdrowia syna, to skutek zaniedbań lekarzy podczas porodu. Sprawą zajął się sąd a powołani do niej biegli nie mieli wątpliwości, że lekarze zbyt późno zdecydowali o cesarskim cięciu. Sąd uznał winę medyków, a dla rodziców pojawiła się nadzieja na uzyskanie od szpitala odszkodowania.

- Złożyliśmy roszczenie do firmy ubezpieczeniowej o wypłatę odszkodowania dla syna Karola i dla nas. Firma ubezpieczeniowa wypłaciła po części [odszkodowanie - red.] za naruszenie praw pacjenta żonie - mówi pan Adam i dodaje, że była to kwota 40 tys. zł.

- Ubezpieczyciel wypowiedział się w taki sposób, że doszło do błędu medycznego, potwierdził ten fakt, potwierdził, że cesarskie cięcie było opóźnione i możemy tutaj mówić o naruszeniu praw pacjenta. Natomiast nie uznał pozostałych roszczeń, związanych z naprawieniem krzywdy osoby bezpośrednio poszkodowanej, czyli Karola - tłumaczy Przemysław Ryba pełnomocnik Anny i Adama Wciślaków.

- Karol potrzebuje tych środków na codzienne funkcjonowanie. Te pieniądze nie są mu potrzebne na inne rzeczy - mówi.

Pan Adam szacuje, że od chwili przyjścia chłopca na świat do dziś kwota, jaka przeznaczona została na leczenie i rehabilitację, to ok. 200-250 tys. zł.

Przygotowani na walkę w sądzie

Po konsultacji z prawnikiem państwo Wciślakowie uznali, że będą się domagać od szpitala półtora miliona złotych zadośćuczynienia dla nieuleczalnie chorego syna. Chcieli też uzyskać po 500 tys. zł za naruszenie ich dóbr osobistych. Ubezpieczyciel odmówił jednak wypłaty roszczeń. Uznał, że mimo opinii biegłych, na podstawie której sąd skazał lekarzy, nie ma bezpośredniego związku między błędem lekarzy a stanem zdrowia dziecka.

Według prawniczki, z którą rozmawia reporter UWAGI! takie podejście ubezpieczyciela to błąd. - Sąd Najwyższy i wszystkie sądy, które zajmują się sprawami o błąd medyczny, wypracowały taką zasadę, że wystarczy wykazać z dużym prawdopodobieństwem, że to błędne postępowanie lecznicze odpowiada za pogorszenie stanu zdrowia pacjenta - mówi radca prawny Jolanta Budzowska i dodaje, że w tym przypadku opinie biegłych są jednoznaczne: za stan dziecka z dużym prawdopodobieństwem odpowiada zbyt późno podjęta decyzja o cięciu cesarskim.

Próbowaliśmy skontaktować się z ubezpieczycielem, ale przedstawiciel firmy nie zgodził się na rozmowę z UWAGĄ!. W e-mailu przesłanym do redakcji napisał, że ubezpieczyciel przekaże dokumentację Karola zagranicznym ekspertom, by wydali opinię na temat tego, co wydarzyło się podczas narodzin chłopca. Okazało się też, że gdy zainteresowaliśmy się losem Karola, ubezpieczyciel zmienił zdanie na temat polubownego załatwienia sprawy roszczeń i rozważa możliwość negocjacji z rodziną. Jeżeli jednak to nie przyniesie efektu, to rodzicom Karola pozostanie kosztowny proces cywilny o odszkodowanie.

Według Jolanty Budzowskiej takie postępowanie nie wpłynie dobrze na Karola. - Dziecko będzie bardzo długo bez środków na rehabilitację, na leczenie. Wszyscy wiemy, że im szybciej wdrożona rehabilitacja, tym większe szanse na co najmniej utrzymanie status quo, czyli niepogorszenie stanu zdrowia dziecka, a być może jakąś choćby minimalną poprawę - tłumaczy.

Pan Adam zapowiada, że jest przygotowany na walkę w sądzie. - Czuję się upokorzony. Mamy niezbite dowody, mamy wszystko czarno na białym, mamy winnych, mamy opinie biegłych sądowych, mamy wykazany związek przyczynowo-skutkowy, a ubezpieczyciel nie wypłaca należnych pieniędzy - mówi.

Dodaj komentarz