Pacjenci szpitala w Poznaniu: W nocy jesteśmy sami. Ludzie umierają

TVN UWAGA! 5146903
TVN UWAGA! 330801
"Umieralnia", tak o jednym z oddziałów covidowych szpitala miejskiego w Poznaniu mówią pacjenci. - Zostawia się ludzi na całą noc i nie wolno nikomu wciskać przycisków alarmowych. Chorzy umierają, mimo wołania i krzyków - usłyszeliśmy.

Od kilku miesięcy Wielospecjalistyczny Szpital Miejski im. Józefa Strusia w Poznaniu przekształcony jest w placówkę covidową. Kilkoro pacjentów, którzy leżą na dawnym oddziale chirurgii ogólnej, przesłało do redakcji Uwagi! wstrząsające relacje.

- Zostawia się pacjentów na całą noc i nie wolno wciskać przycisków alarmowych i nikt tego nie robi. Pacjenci, którzy są podłączeni pod sprzęt, który pokazuje saturację na poziomie 15-20 proc., leżą tak całą noc. Pacjenci, którzy wymiotują całą noc, leżą tak we wszystkim. Pacjenci umierają w nocy, ponieważ nie otrzymują pomocy, mimo wołania i krzyków – to fragment relacji przesłanej przez pana Macieja.

- Ludzie traktowani są jak przedmioty. Do chorych zwraca się w sposób: „Czego się, ku…, drzesz”. W ciągu dwóch dni umarły trzy osoby. Od godz. 23 do 5:30 na oddziale nie ma nikogo, są tylko pacjenci – mówi jedna z chorych.

Z relacji pana Macieja wynika, że pacjenci muszą pomagać innym pacjentom.

- W tej chwili na oddziale zostały dwie osoby z personelu, reszta jest na kwarantannie. Jest wiele takich sytuacji, gdzie pacjenci muszą pomagać drugim pacjentom. W przypadku zgonów, które tutaj były, tylko raz dokonywano reanimacji, kiedy pacjentka zeszła z tego świata na oczach personelu i próbowano ją ratować. Natomiast cała reszta to są zgony po nocy.

Dializy

Jednym z pacjentów jest pan Edward, który mimo braku objawów, znalazł się na tamtejszym oddziale ze względu na konieczność przeprowadzania dializ.

- Wczoraj było fatalnie. Ponad tydzień byłem bez dializy. Byłem wykończony – opowiada Edward Łopiński i dodaje: Dializa powinna być wykonywana co drugi dzień. Wczoraj chodziłem po korytarzu już na kolanach, wszystko mnie bolało, to było nie do zniesienia.

- Dziadek powiedział mi, że jeszcze dzień albo dwa i więcej nie wytrzyma. Rozmowa trwała chwilę, bo nie był w stanie mówić. Czuliśmy bezsilność i to, że została już chyba tylko modlitwa. Gdzie nie dzwoniliśmy, to albo odkładali słuchawki, albo mówili, że to nie ich sprawa – mówi Ewelina Łopińska.

W końcu, po dziewięciu dniach pan Edward doczekał się dializy. Dlaczego mimo braku objawów koronawirusa musi przebywać na oddziale? Zapytaliśmy o to NFZ.

- Natychmiast wystąpiliśmy do szpitala o złożenie wyjaśnień. Po naszych staraniach zmieniły się wytyczne dotyczące pacjentów dializowanych. Wcześniej było tak, że pacjent, który wymagał dializ i został zakażony koronawirusem, musiał trafić do szpitala, teraz stworzyliśmy w Szamotułach stację dializ, która przeznaczona jest tylko dla pacjentów pozytywnych, czyli zakażonych koronawirusem – wyjaśnia Marta Żbikowska-Cieśla, rzecznik wielkopolskiego NFZ.

Testy

Część pacjentów czuje się trzymana w szpitalu na siłę.

- Można tu siedzieć w nieskończoność i tak niektórzy siedzą tu od września, mimo że od dawna nie mają objawów. Blokują miejsca pacjentom, którzy naprawdę potrzebują pomocy – mówi pan Maciej.

- Czuję się jakbym była trzymana na siłę, bo czuję się zdrowa i mogłabym zrobić miejsce, dla osoby, która naprawdę potrzebuje pomocy. Jak to możliwe, że miałam negatywny wynik i teraz znów pozytywny? Odpowiedzi nie mam do dzisiaj, a jestem tutaj 29. dzień – mówi jedna z pacjentek.

Pacjenci skarżą się, że jednego dnia wynik wychodzi negatywny, a następnego pozytywny.

- Co się stało przez jeden dzień? Czy zachorowałem drugi raz? Testy są pobierane albo w pokoju, w którym leżą cztery osoby, albo na korytarzu, jeżeli pacjent tam leży. Pokoje przedtem nie są wietrzone czy dezynfekowane. A ludzie, którzy leżą cztery czy pięć tygodni w jednym pokoju, dostają do tego samego pokoju pacjenta, który świeżo przechodzi chorobę. Rano przychodzi lekarz i pobiera od zdrowego pacjenta wymaz. Czy wynik jest wiarygodny? – irytuje się Maciej Ziemski.

Problemem, który sygnalizują pacjenci, jest wątpliwość wykonywanych testów. By pacjent mógł opuścić oddział, musi dwukrotnie uzyskać negatywny wynik testu PCR, który jest bardzo czuły.

Epidemiolog z prawie 30-letnim stażem - profesor Janusz Kocik, proponuje by zamiast testów PCR używać testów antygenowych.

- Nawet, jeżeli pacjent wyeliminowuje wirusa i jest już negatywny, to przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu z osobą, która jest pozytywna i wydziela wirusa, może doprowadzić do kolejnej kontaminacji, skażenia dróg oddechowych i pacjent znowu zacznie być pozytywny w wymazie.

Jak rozwiązać problem?

- Po kilkunastu dniach można uznać, że jeżeli pacjent nie ma objawów, to w zasadzie wyzdrowiał. To, że wykrywamy ślady genetyczne, nie ma już znaczenia klinicznego, nie będzie innych zakażeń. Można go wypisać do domu. Ale jeżeli chcemy być w 100 proc. pewni, że nie będzie zakażał, można wykonać test antygenowy. Ten test jest dodatni tylko wtedy, kiedy zakażamy – wyjaśnia prof. Kocik.

„Lekarze działają teraz tak jak w stanie wojny”

O sytuacji pacjentów chcieliśmy porozmawiać z przedstawicielami szpitala. Dyrekcja placówki była dla nas nieuchwytna, zwróciliśmy się do Urzędu Miasta, który jest organem nadzorującym placówkę.

- Jeżeli był taki przypadek, to będziemy reagować, będę rozmawiał z dyrekcją. Ale podkreślam, lekarze działają teraz jak w stanie wojny. Tam jest za mało personelu w stosunku do potrzeb. Mamy teraz 400 pacjentów, jesteśmy w fazie największej epidemii i może zdarzają się jakieś przypadki, które nie do końca są właściwe, mogę za to przeprosić – stwierdza Jędrzej Solarski, zastępca prezydenta Poznania.

W końcu pacjenci szpitala, którzy czuli się dobrze, zostali poddani testom antygenowym, które dały wynik negatywny. Pan Maciej i pan Edward opuścili oddział.

- Było ciężko i długo, ale w końcu udało mi się wyjść. Po tych 15 dniach czuję się jakbym wyszedł z więzienia – podkreśla pan Maciej i dodaje: Jeżeli ktoś tam jest jeszcze przytomny i świadomy, co się z nim dzieje, powinien dać sobie radę. A jak ktoś jest mało świadomy, jak większość starszych pacjentów, to jest zdany na łaskę tego, co się dzieje w szpitalu, a w szpitalu nie dzieje się dobrze.

- Najgorszemu wrogowi nie życzę iść do tego szpitala. Tam jest strasznie – kwituje pan Edward.

podziel się:

Pozostałe wiadomości