Dzięki czujności wychowawczyń z przedszkola czteroletni chłopiec z licznymi siniakami trafił do szpitala. Jak twierdzą lekarze, dziecko było bite i to nie jednokrotnie. Do pobicia przyznał się jego ojczym, matka twierdzi, że tylko kilka razy dała synowi klapsa. W rozmowie z nami kobieta bagatelizuje sprawę i zapowiada walkę o jego odzyskanie.
- Widać, że był bity wielokrotnie. To nie jest jednorazowe zdarzenie. Po śladach na jego ciele widać, że to jest od dłuższego czasu. Trafił i ze starymi i ze świeżymi obrażeniami. Ślady znęcania się co najmniej miesięczne. Był ofiarą przemocy – mówi Piotr Kwiatuszewski, zastępca ordynatora oddziału chirurgii dziecięcej w Jeleniej Górze.
Czteroletni chłopiec na początku grudnia trafił do prywatnego przedszkola w Lubaniu. Rodzice przeprowadzili się z innego miasta i zapisali go do akademii malucha. Od początku opiekunów zastanawiały sińce i urazy, jakie dziecko ma na ciele, ale chłopiec tłumaczył, że przewrócił się podczas zabawy w domu lub z kolegami w przedszkolu. Wychowawczynie zaniepokoił wygląd czterolatka tuż przed świętami, kiedy miał również obrażenia na twarzy i szyi. Dyrektorka nie miała wątpliwości, że siniaki nie są przypadkowe i powiadomiła policję.
- To był taki stan, który nie pozwolił mi pozostać obojętną. Dziecko miało pobitą twarz, szyję. Rozmawiałam z nim w gabinecie dyrektora. Powiedział, że boi się wrócić do domu i że chciałby zostać w przedszkolu. Pytałam, kto go bije. Najpierw dziecko mówiło, że mama. Później w szpitalu wielokrotnie wracaliśmy do tego pytania i usłyszeliśmy, że pobił go tato, za to że był niegrzeczny – opowiada Renata Trendewicz, dyrektorka przedszkola „Akademia malucha" w Lubaniu.
Święta chłopczyk spędził w szpitalu, z którego do domu już nie wrócił. Został umieszczony w rodzinie zastępczej a rodzicom postawiono zarzuty znęcania się nad dzieckiem. Dziś mają dozór policyjny i zakaz zbliżania się do syna.
- Ojczym przyznał się, że 22 grudnia uderzył dziecko kilkakrotnie pasem. Bił go po tułowiu, aczkolwiek chłopczyk bronił się rękoma i uciekał. Bił go też rękoma, ponieważ zdenerwował się. Gdy odprowadzał go rano do przedszkola, dziecko załatwiło się w majtki. To go bardzo rozwścieczyło jak stwierdził, przyprowadził go do domu, umył a następnie pobił i zaprowadził do przedszkola. Matka biła to dziecko rękoma. Przyznaje się, że kilkakrotnie dała dziecku klapsa – tłumaczy Ewa Węglarowicz – Makowska, Prokuratura Okręgowa w Jeleniej Górze.
Matka zgodziła się z nami porozmawiać pod warunkiem zapewnienia jej anonimowości. Przyznaje, że syn został pobity przez ojczyma, ale bagatelizuje całą sprawę. Twierdzi, że był to jednorazowy incydent, a ona syna nigdy nie biła.
- Nie było mnie przy tym, co się stało. To była taka sytuacja, że w poniedziałek rano syn już mi mówił, że nie chce iść do przedszkola. Okazało się, że we wtorek jak poszłam do pracy mąż mówił, że rano powtórzyło się to samo. Syn nie chciał iść do przedszkola. Przed wyjściem syn się zmoczył. No i mężowi puściły nerwy i zbił go. Ale nie na pewno tak jak twierdzi policja czy prokuratura, że dziecko było bite po głowie. Nie znęcaliśmy się nad ni. To jest małe dziecko. Dzieci biegają, rozrabiają. On się wiecznie gdzieś obijał. Chciałby, żeby non stop zwracano na niego uwagę, chciał zrobić z siebie pępek świata. Przychodził przytulał się i mówił że nas kocha. Maltretowane dziecko nie przychodzi do swoich oprawców i nie mówi, że kocha – tłumaczy matka pobitego chłopca.
Chłopczyk przebywał w przedszkolu niespełna miesiąc, codziennie opiekunki bacznie go obserwowały. Zanim Pani Dyrektor zawiadomiła policję chciała mieć pewność, że obrażenia dziecka nie są przypadkowe, aby nie oskarżać bezpodstawnie rodziców czterolatka. Chłopczyk jednak skrzętnie ukrywał siniaki.
- Pierwszego dnia jak do nas przyszedł było widać, że ma siniaki. Powiedział, że upadł w przedszkolu. Ale było widać, że nie są to ślady już kilkudniowe. Potem każdego dnia coś wymyślał. Chciałyśmy mieć pewność, że to pobicie. Dziecko ukrywało ślady. Izolowało się w toalecie. Nie chciało przebierać się na gimnastykę. Jak ślady były na buzi, to przemawiało samo za siebie – mówi Renata Trendewicz, dyrektorka przedszkola „Akademia malucha" w Lubaniu.
Matka ma już ograniczone prawa rodzicielskie do syna, bo dwa lata temu spacerowała z nim po mieście pijana. Miała ponad dwa promile alkoholu. Wcześniej sąd odebrał jej prawa rodzicielskie do dwóch córek - siedmio i 11 letniej. Obie są dziś w rodzinie adopcyjnej. Mówi, że syna tak łatwo nie odda.
- Jesteśmy normalnymi rodzicami. Stało się to, co się stało. Dziecko zostało pobite. Dwie córki nie są ze mną, ale to są błędy młodości. Wtedy nie czułam się, by zostać matką. Teraz sobie poradzę. Z tym dzieckiem tak łatwo się nie poddam. Z córkami się poddałam. Jestem pewna, że mąż już też nie podniesie ręki na dziecko. On tego żałuje. Też chciałby, żeby syn był z nami – mówi kobieta.
- Każdy ma prawo do resocjalizacji. Natomiast w chwili obecnej dziecko nie powinno wrócić do takich rodziców. W rodzinie zastępczej będzie mu lepiej.
26 stycznia Sąd Rodzinny zdecyduje czy pozbawić matkę władzy rodzicielskiej czy dać jej jeszcze jedną szansę. W odrębnym postępowaniu Sąd karny będzie musiał zdecydować o winie rodziców. Grozi im od trzech miesięcy do sześciu lat.