Zamiast pomóc, rzucili ją na ziemię i zakuli w kajdanki. „Prosiłam, żeby mnie nie dociskali, krzyczałam”

Zamiast pomóc, zrobili jej krzywdę?
Do mieszkania pani Oksany wezwana została policja, ponieważ podejrzewano, że kobieta może chcieć targnąć się na swoje życie. Funkcjonariusze zamiast pomóc skuli kobietę i rzucili na ziemię. - Nie rozumiałam, o co chodzi. Kogo niby miałam zabić? - mówi kobieta.

Mimo kilku skończonych fakultetów, 29-letnia dziś Oksana Khomenko miała kłopot ze znalezieniem w Ukrainie dobrze płatnej pracy. Pięć lat temu przyjechała do Polski, gdzie zatrudniła się w dużej firmie w okolicach Trzebnicy na Dolnym Śląsku.

- Na początku pracowałam jako obsługa linii produkcyjnej, potem byłam liderką, potem kontrolerką jakości. Na początku było fajnie, ciekawe. Inny poziom życia, inne warunki, inni ludzie – opowiada pani Oksana.

Khomenko szybko awansowała, a jednocześnie została partnerką jednego z szefów zakładu. Jej kłopoty zaczęły się, gdy wykryła poważne, jej zdaniem, nieprawidłowości w firmowych rozliczeniach. Kobieta straciła wówczas stanowisko, pieniądze i stała się wrogiem.  

- Przyszła do naszej redakcji i opowiedziała, w jak trudnej sytuacji się znalazła. Wiązała to z nieprawidłowościami, które ujawniła. Nieprawidłowościami, które działy się w tej firmie na styku zatrudniania obywateli Ukrainy do pracy w innej firmie – mówi Daniel Długosz, redaktor naczelny „Nowej Gazety Trzebnickiej”.

Daniel Długosz zajmuje się sprawą Oksany już kilka miesięcy. Z niepokojem obserwował kolejne szykany, którym poddawano kobietę.

- Była na nią nasyłana policja, była zatrzymana pod pretekstem tego, że rzekomo miała być pijana albo pod wpływem narkotyków, co potem okazało się nieprawdą. Wydaje jej się, że wszyscy ją osaczyli, bo mają wpływy, bo mają powiązania między sobą. Ona nie wie, co ma robić, czuje się zastraszona – opowiada redaktor naczelny „Nowej Gazety Trzebnickiej”.

Groźby karalne?

Zdesperowana kobieta wpadła w poważne kłopoty, kiedy zaczęła wysyłać wiadomości do byłego szefa i partnera. Wiadomości zostały uznane przez miejscową prokuraturę za groźby.

Oksanę Khomenko oskarżono m.in. o kierowanie gróźb karalnych wobec byłego przyjaciela i wspólnika w interesach. W przesłanej wiadomości mailowej kobieta miała mu grozić spaleniem mieszkania i zakładu.

- Na pewno nie traktował tego poważnie. On mnie bardzo dobrze zna i to są niemożliwe rzeczy, żeby ja zrobiła jakąś krzywdę. On o tym wie – zapewnia pani Oksana.

- Dla mnie sprawa jest grubymi nićmi szyta. Bo te wiadomości, które ona pisała, pisała w ten sposób, że kopiowała to przez jakiegoś tłumacza. Wiadomo, że ten tłumacz nieraz tłumaczył źle. Ja zrozumiałem to tak, jakby ona mu życzyła: „Oby ci spłonęło mieszkanie” – uważa redaktor Długosz.

Trzebnicki sąd miał jednak inne zdanie. Kilka tygodni temu wydał wyrok.

- Sąd rejonowy wymierzył jej karę jednego roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na okres dwóch lat. Ten wyrok jest nieprawomocny i podlega zaskarżeniu – informuje Marek Poteralski, rzecznik Sądu Okręgowego we Wrocławiu.

„Wystraszyłem się, że może coś sobie zrobić”

- Oksana bała się pójść na ogłoszenie wyroku. Spotkałem ją przed salą sądową. Powiedziałem jej, jak brzmi wyrok i wtedy wpadła w histerię. Zaczęła płakać, mówić, że dla niej to jest koniec życia, że oni ją załatwili – opowiada Daniel Długosz.

Dodaje, że chwilę potem pani Oksana wybiegła z sądu, a on nie mógł się z nią skontaktować. 

- Wystraszyłem się, że dziewczyna może coś sobie zrobić. Stwierdziłem, że pójdę do pani prezes sądu i poinformuję o tej sytuacji – mówi Długosz.

- Na skutek interwencji dziennikarza, pani prezes została poinformowana, że zachodzi podejrzenie, że ta osoba może zrobić sobie krzywdę. W związku z tym powiadomiła policję, która taką osobę powinna zabezpieczyć. Następnie należałoby przeprowadzić konsultację psychiatryczną. To jest procedura, która ma danej osobie pomóc – mówi Marek Poteralski, rzecznik Sądu Okręgowego we Wrocławiu.

„Prosiłam, żeby mnie nie dociskali, krzyczałam”

Niedługo później do mieszkania pani Oksany zapukał patrol trzebnickiej policji, konkretnie funkcjonariusze drogówki.

- Otwieram drzwi, a tam stoi policja. Nie czekali aż ich zaproszę, tylko od razu weszli – relacjonuje kobieta.

Pani Oksana nagrywała zajście telefonem. Na nagraniu słychać, że zdezorientowana kobieta pyta, dlaczego policjanci ją zatrzymują i prosi o telefon do adwokata. Jeden z policjantów mówi do niej: „Jest pani zatrzymana. Wszystkiego dowie się pani na komendzie. Proszę nie utrudniać (…) Powiedziała pani, że chce się pani zabić. Tak czy nie?”

- Ja nie rozumiałam, o co chodzi. Kogo zabić? Potem założyli mi kajdanki, rzucili mnie na podłogę, zabrali telefon – relacjonuje pani Oksana.

Chwilę potem, według relacji kobiety, policjant miał wyłączyć nagrywanie.

Pani Oksana opowiada, że leżała ze skutymi z tyłu rękami na podłodze, a policjanci mieli ją dociskać do ziemi kolanami.

- Prosiłam, żeby mnie nie dociskali, krzyczałam już tak, że wszyscy sąsiedzi słyszeli. Potem trochę odpuścili, więc próbowałam wstać. Prosiłam, żebym mogła usiąść na kanapie, ale powiedzieli mi, że mam siedzieć na podłodze – mówi kobieta.

Pomoc czy zatrzymanie?

W końcu przyjechała wezwana przez policjantów karetka. Ratownicy polecili rozkuć panią Oksanę. Po krótkich badaniach i rozmowie stwierdzili, że kobieta nie ma myśli samobójczych.

Na początku nagrania, które zarejestrowała pani Oksana, słychać, że jeden z policjantów mówi o tym, że kobieta jest zatrzymana. Czy faktycznie została później zatrzymana przez policję?

- Nie, policjanci pojechali, a za policjantami pojechała karetka. A ja zostałam tutaj sama, pobita – mówi pani Oksana.

- Czyli nie przyjechali z zamiarem sprawdzenia, czy u niej wszystko w porządku, czy nic się jej nie dzieje, tylko po prostu przyjechali ją zatrzymać – zauważa redaktor Daniel Długosz.

Kiedy gazeta opisała sprawę, policja wydała oświadczenie. Napisano w nim, że funkcjonariusze nie mają sobie nic do zarzucenia. Ich zdaniem wina leży wyłącznie po stronie kobiety, której mieli obowiązek pomóc.

- „Pomimo zapewnień ze strony policjantów, że ich działania miały charakter wyłącznie pomocowy i przyjechali, aby z nią porozmawiać o sytuacji oraz pomóc, kobieta miała zacząć zachowywać się agresywnie” – cytuje redaktor Długosz.

- Dla mnie to jest totalna bzdura, bo przyjechali i powiedzieli, że ona jest zatrzymana, a policjant od progu wyciągał kajdanki – dodaje Długosz

Brak kamer na mundurach policjantów

- Policjanci zdecydowali o użyciu środka przymusu bezpośredniego w postaci kajdanek w celu przeciwdziałania czynnościom zmierzającym do autoagresji – tłumaczy Daria Szydłowska, rzeczniczka policji w Trzebnicy.

- Kiedy już założyli kobiecie kajdanki na ręce, ona nadal była agresywna, ubliżała funkcjonariuszom. Wiem to z zebranego materiału policyjnego – mówi rzeczniczka trzebnickiej policji.

Co zarejestrowały kamery, które policjanci powinni mieć na mundurach?

- Funkcjonariusze Komendy Powiatowej Policji w Trzebnicy nie są wyposażeni w kamery nasobne – stwierdza Szydłowska.

Skąd wiadomo zatem, że kobieta ubliżała policjantom?

- Policyjne komórki kontrolne mają za zadanie kompleksowe i szczegółowe wyjaśnienie wszystkich okoliczności przebiegu tej interwencji – tłumaczy rzeczniczka trzebnickiej policji.

Dlaczego policjanci zaraz po wejściu do mieszkania kobiety mówią, że jest zatrzymana i od razu wyciągają kajdanki?

- Policjanci zapewniali ją, że ich wizyta ma charakter jedynie pomocowy i chcą wyjaśnić wszystkie okoliczności tego zgłoszenia. (…) Tak, na nagraniu jest, że policjant powiedział, że pani jest zatrzymana i jest to jeden z elementów, który będzie wyjaśniany – dodaje asp. Szydłowska.

„Powinni się zachować empatycznie”

Nagranie z interwencji pokazaliśmy policjantowi kryminalnemu z wieloletnim stażem. Dziś ekspertowi do spraw bezpieczeństwa jednej z wrocławskich uczelni.

- Tragedia. Podczas weryfikacji powinni przede wszystkim zachować się empatycznie. Zaproponować rozmowę, zorientować się, w czym jest problem – mówi Adam Bigaj.

- Założenie kajdanek w tej sytuacji, kiedy kobieta jest u siebie w mieszkaniu i jest spokojna, jest nieuzasadnione. Jestem przekonany, że to było polecenie ich przełożonych. „Zatrzymać i przywieźć na komendę” – dodaje Bigaj.  

- Takie interwencje nie należą do łatwych. Policjanci otrzymali zgłoszenie, że życie i zdrowie mieszkanki naszego miasta jest zagrożone, dlatego pojechali. (…) Nie zrobili jej krzywdy – zapewnia asp. Daria Szydłowska.

Trauma to nie jedyny problem pani Oksany związany z interwencją policjantów. Policja prowadzi teraz postępowanie w sprawie rzekomej obrazy i naruszenia przez kobietę nietykalności funkcjonariuszy.

- Ta formacja nie ma w zwyczaju przepraszać. To jest obrona przez atak, ale to tylko ośmiesza tę instytucję. Dwóch dorosłych, młodych, sprawnych mężczyzn poczuło się urażonych, że kobieta ich napadła – mówi Adam Bigaj, były policjant i ekspert ds. bezpieczeństwa Uniwersytetu „WSB Merito”.

- Po tej interwencji to mi naprawdę nie chciało się żyć, bo myślisz sobie: „Po co oni mi chcieli tak pomagać? To nie wyglądało na żadną pomoc” – mówi pani Oksana.  

Odcinek 7403 i inne reportaże Uwagi! można oglądać na player.pl

Autor: as

Reporter: Tomasz Patora

podziel się:

Pozostałe wiadomości

„Jakby nie pszczoły, to leżelibyśmy na łopatkach”. Wracamy do historii pana Stanisława

„Jakby nie pszczoły, to leżelibyśmy na łopatkach”. Wracamy do historii pana Stanisława

W przeszczepionym szpiku ujawniono komórki rakowe. Weronika pilnie potrzebuje krwi

W przeszczepionym szpiku ujawniono komórki rakowe. Weronika pilnie potrzebuje krwi

Zjada je codziennie 5 mln Polaków. Co naprawdę jest w kebabach?

Zjada je codziennie 5 mln Polaków. Co naprawdę jest w kebabach?

Zostawiał dzieci, wychodził z autokaru i urywał lalce głowę. „Coś strasznego, jak z horroru”

Zostawiał dzieci, wychodził z autokaru i urywał lalce głowę. „Coś strasznego, jak z horroru”

Nadchodzą podwyżki cen energii. Na czym możemy zaoszczędzić?

Nadchodzą podwyżki cen energii. Na czym możemy zaoszczędzić?

Rozbito nielegalną hodowlę psów w Gdańsku. Psy były nawet w szufladach i w piekarniku

Rozbito nielegalną hodowlę psów w Gdańsku. Psy były nawet w szufladach i w piekarniku

Miliony na zabiegi, które nigdy się nie odbyły? "Nawet 12 tys. zł na dziecko"

Miliony na zabiegi, które nigdy się nie odbyły? "Nawet 12 tys. zł na dziecko"