9 grudnia do szkoły językowej, prowadzonej przez panią Katarzynę, wszedł jej były mąż.
- Odwróciłam się, Robert stał przed schodami i wtedy zorientowałam się, że w prawej ręce trzyma sztylet i ma całą zakrwawioną rękę. Chyba coś mówił. Odwrócił się i poszedł – opowiada pani Natalia, pracownica pani Katarzyny.
- Zszedłem na półpiętro. On stał przed wejściem i powiedział: „Nie chcieliście oddać pieniędzy, teraz idź ją ratuj”. Odwrócił się i wyszedł. Wszedłem do mamy i zobaczyłem, że siedzi i trzyma się za szyję – relacjonuje Bartosz, syn pani Katarzyny.
- Kasia była bardzo blada, miała całą zakrwawioną szyję. Trzymaliśmy ją, żeby ją uratować, żeby nie wypływała jej krew – mówi pani Natalia.
Były mąż po zamordowaniu pani Katarzyny sam zgłosił się na policję, ale komisariat w Nadarzynie był zamknięty.
- Musiał pojechać na komisariat do Pruszkowa. Sam wszedł tam z zakrwawionymi rękami i dowodem zbrodni – opowiada syn pani Katarzyny.
Groził jej były mąż
Pan Robert przyznał się do zabicia byłej żony. Z panią Katarzyną byli małżeństwem od 27 lat.
- Między ojcem a mamą sypać zaczęło się parę lat temu. Ale ojciec zawsze był agresywny. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy rzucił się na mamę i zaczął ją szarpać– opowiada Kajetan, drugi syn pani Katarzyny.
- Któregoś razu Kasia zadzwoniła do mnie i powiedziała, że została pobita przez Roberta. To było dwa lata temu i to był przełom. Zaczęliśmy zupełnie inaczej na to wszystko patrzeć – mówi pani Beata, siostra pani Katarzyny.
- Skatował ją. Potem stwierdził, że dobrze zrobił, nie czuł się winny – mówi Bartosz.
- Dostał wówczas sądowy zakaz zbliżania się do niej – dodaje syn pani Katarzyny.
Choć para rozwiodła się, to wciąż prowadzili wspólny biznes. Były mąż nie dawał o sobie zapomnieć.
- Wysyłał do szkoły szkalujące wiadomości na jej temat. Wysyłał nawet jej nagie zdjęcia – mówi Izabela Greszta, dyrektor Szkoły Podstawowej w Woli Krakowiańskiej. I dodaje: - Później zaczęło się grożenie, że ją zabije.
„Mam nadzieję, że w piątek cię dojadę. Najpierw oślepniesz, dopiero zdechniesz”, brzmi jedna z wiadomości, które dostała kobieta.
- Cały czas jej groził, molestował psychicznie – mówi siostra pani Katarzyny.
Reakcja policji
Pani Katarzyna wielokrotnie zgłaszała policjantom groźby kierowane do niej przez byłego męża. Jej wołanie o pomoc pozostawało zazwyczaj bez odpowiedzi.
- Policjant powiedział jej, że może [były mąż - red.] chce się na kawę umówić. Albo jak on jej napisał w ramach jakiś gróźb: „Uważaj na siebie”, to usłyszała: „No co, przecież się o panią martwi” – przytacza Kajetan.
- Mówili na przykład, że z tą sytuacją nic nie są w stanie zrobić, jest sobota i skąd oni wezmą patrol policyjny. Nie traktowali tego poważnie, jakby to była norma, że ktoś przychodzi i sobie coś mówi, a oni nie mają, co zrobić. A dziewczyna bardzo się bała – mówi siostra pani Katarzyny.
- W którymś momencie przestała jeździć swoim samochodem, bo poszła jakaś groźba, że Robert zrobić coś z jej autem. Kasia nigdy nie wychodziła ze szkoły sama, zawsze wychodziła z którąś z koleżanek – mówi Izabela Greszta.
- Niejednokrotnie spała u znajomych. Jeżeli człowiek nie czuje się bezpiecznie we własnym domu, to chyba najgorsze z zagrożeń – dodaje pani Natalia.
Pani Katarzynie czasami udawało się zmusić mundurowych do przyjęcia zgłoszenia. Ale nawet w takich przypadkach prokuratura zazwyczaj umarzała postępowanie wszczęte przeciwko panu Robertowi.
W 2024 roku za swoje groźby pan Robert został skazany na karę ograniczenia wolności, w ramach której musiał wykonywać prace społeczne. Odwołał się od tego wyroku.
- Groźby były przedmiotem aktu oskarżenia, który został skierowany przeciwko temu mężczyźnie. Sąd nie zdążył wydać wyroku karnego, skazującego – tłumaczy Piotr Skiba z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
- To, że zabójca grozi, a potem popełnia zabójstwo, a prokurator nie zamknął go wcześniej, nie oznacza, że prokurator jest winny za to, co się wydarzyło – zaznacza prokurator Piotr Skiba.
- Ojciec na końcu pisał mamie: „Zabije cię, zostały ci trzy dni”. Do babci pisał: „Zaj…. tę s… do końca miesiąca”. Piał najbardziej bezpośrednio, jak się da – zaznacza Bartosz.
Już następnego dnia po tragedii policjanci z Komendy Stołecznej Policji zaczęli badać, jakie czynności podejmowali policjanci z komisariatu w Nadarzynie, a właściwie to, czego nie zrobili ci policjanci. W efekcie wszczęto postępowania dyscyplinarne wobec trzech osób: policjanta prowadzącego postępowanie, zastępcy komendanta i komendanta placówki w Nadarzynie.
- Analiza prowadzenia przez ostatnie lata postępowań wskazuje na pewne uchybienia i być może nieprawidłowości. Polegało to na zaniechaniu lub na nieprawidłowościach związanych z uruchomieniem procedury Niebieskiej Karty, tego zabrakło. Chodzi też o wątpliwą ocenę zagrożenia sygnalizowanego przez pokrzywdzoną – mówi podkom. Jacek Wiśniewski z Komendy Stołecznej Policji.
- Rolą państwa jest chronić obywatela, a tutaj mamy poczucie, że nie do końca zostało to chyba zrealizowane – kwituje syn pani Katarzyny.
Autor: wg
Reporter: Bartosz Józefiak