- Piła poszła w ruch. W jeden dzień położyli wszystkie drzewa. Jak liczyłem słoje, były to dęby, które miały ponad 50 lat. Większość ludzi stwierdziło, że wycięli je dlatego, że sklep zasłaniały - mówi Cezary Konieczyński.

Przedsiębiorca Jan S. kupił dużą działkę od miasta w Ustrzykach Dolnych. W przeszłości był to teren rekreacyjny z odkrytym basenem. Biznesmen wybudował na części działki sklep. W styczniu dostał pozwolenie od urzędników na wycięcie 31 drzew, które rosły blisko ogrodzenia i drogi publicznej. Wyciął 24 stare dęby i siedem lip.

- Tłumaczyli, że dęby zagrażały bezpieczeństwu. Ale drzewa rosły po drugiej stronie ulicy i chodnika. Po stronie drzew chodnika nie było - mówi Cezary Konieczyński.

Miasto wydało zgodę na wycięcie drzew, bo według urzędników stanowiły one zagrożenie dla pieszych i kierowców korzystających z drogi przy ulicy PCK. Takie same argumenty podawał też Jan. S we wniosku, jaki złożył w urzędzie miasta. Henryk Sułuja, burmistrz Ustrzyk, nie chciał rozmawiać o sprawie przed kamerą. Odesłał nas do kierownika Wydziału Ochrony Środowiska, który działał z jego upoważnienia w tej sprawie.

- Gdy były duże opady śniegu, było dużo połamanych gałęzi. To przesądziło. Drzewa wyrosły wysoko i stanowiły zagrożenie - uważa Roman Puskarczyk, kierownik Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miejskiego w Ustrzykach Dolnych.

Cezary Konieczyński mieszka w Bieszczadach od urodzenia. Amatorsko zajmuje się fotografią. Dokumentuje różne przykłady niszczenia przyrody - dzikie wysypiska śmieci, wycinki drzew, zatrucia wody. Kiedy została wycięta aleja dębów, napisał pismo do urzędu miasta. Otrzymał lakoniczną odpowiedź, że cała procedura była przeprowadzona zgodnie z prawem.

- Dla mnie wycięcie tych dębów, które rosły tu od ponad 50 lat, to jest bezsens – mówi.

Fotografie drzew pokazaliśmy Tomaszowi Winnickiemu, który jest biologiem i zastępcą dyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Poprosiliśmy go o komentarz dotyczący uzasadnienia decyzji, jaką podjęli urzędnicy.

- Nie widzę tu zagrożenia. Te dęby miały przekrój zdrowego drzewa. Mogły rosnąć 200 lat lub dłużej. Patrząc na te drzewa, można by dojść do wniosku, że większość drzew, które rosną przy drogach, stanowią zagrożenie –mówi Tomasz Winnicki, biolog, zastępca dyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

- Do nas nie wpłynęły żadne informacje, które świadczyłyby, że te drzewa zagrażają użytkownikom drogi lub przechodniom. Nikt nie zgłaszał się do nas z interwencją na tym odcinku drogi – mówi asp. sztab. Janusz Nicko, Państwowa Straż Pożarna w Ustrzykach Dolnych.

Kierownik wydziału twierdzi, że interwencje podejmowała Ochotnicza Straż Pożarna i z drabin podcinała konary. Jednak nie ma dokumentów potwierdzających słowa urzędnika. Jest jedynie protokół oględzin. Urzędniczka, która przeprowadziła wizję lokalną, napisała w nim, że drzewa są bardzo wysokie, a suche konary nad drogą stwarzają zagrożenie dla ludzi i wrastają w oświetlenie uliczne. Nikt nie badał, w jakim stanie są drzewa.

- Nie możemy jednoznacznie stwierdzić, czy drzewa były chore. Pracownik tego na miejscu nie stwierdził. Nie mamy opinii dendrologicznej – przyznaje Roman Puskarczyk, kierownik Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu miejskiego w Ustrzykach.

- Jeżeli coś by się komuś później stało, to urzędnik ponosi odpowiedzialność – tłumaczy swoją decyzję Beata Besz, inspektor Ochrony Środowiska Urzędu Miasta w Ustrzykach Dolnych.

Decyzje urzędników o wycinaniu drzew w mieście od kilku lat budzą wątpliwości. Dyrektor Winnicki pokazał nami też inne miejsca, gdzie w ostatnim czasie wycięto drzewa.

- Nie ma zwyczaju, aby te kwestie komisyjnie rozstrzygać – mówi.

Biznesmen działał zgodnie z prawem na podstawie ważnej decyzji. Chcieliśmy go jednak zapytać, jaki był powód wycięcia drzew.

- Nie ruszyliśmy siekierą bez uzgodnienia, bez zgody burmistrza. Kupiłem działkę i zrobiłem tak jak trzeba było. Nie zrobiłem nic wbrew przepisom – powiedział.

Za wycinkę drzew, które rosną co najmniej 10 lat, według ustawy są naliczane bardzo wysokie opłaty. Biznesmen nie zapłacił nic, gdyż według przepisów nie pobiera się opłaty za usunięcie drzew, które zagrażają bezpieczeństwu ludzi lub mienia. Poprosiliśmy eksperta, by obliczył, ile kosztowałoby wycięcie drzew, gdyby urzędnicy nie wydali takiej decyzji.

- Obliczyłam szacunkową stawkę dla średniego drzewa i to jest około 30 tysięcy złotych. Zostało usuniętych 31 jeden drzew, więc jest to około miliona złotych opłaty - wylicza dr Marzena Suchocka, Katedra Architektury Krajobrazu SGGW.

- Jestem przekonany, że to zagrożenie istniało – twierdzi jednak Roman Puskarczyk, kierownik Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu miejskiego w Ustrzykach.

Z ustawy o ochronie przyrody jasno wynika, że zagrożenie ze strony drzew musi być realne, a nie hipotetyczne. W tym przypadku urzędnicy nie udowodnili, że drzewa stwarzały niebezpieczeństwo. Podobnych sytuacji jest w Polsce wiele.