- 26 marca zadzwoniłam do siostry zapytać, jak się czuje, bo dzień wcześniej mówiła, że jest bardzo źle. Że zaczyna ją boleć w klatce piersiowej. I zbierając te wszystkie objawy do kupy i ona, i ja zaskoczyłyśmy w jednym momencie, że może to być zawał. Powiedziałam jej, żeby wezwała karetkę – opowiada Anna Gruszczyk.

Kobieta wezwała pogotowie. Zaraz potem do mieszkania siostry przyjechała pani Anna. Ekipa pogotowia dojechała po około 50 minutach.

- Wszedł pan w stroju ochronnym i zaczął od wywiadu. Siostra powiedziała, że ma ogromne duszności i ból w klatce piersiowej. Poinformowaliśmy pana, że mamy obciążenie w naszej rodzinie, jeżeli chodzi o sprawy sercowe – opowiada pani Anna.

Interwencja pogotowia

Z relacji kobiety wynika, że ratownik wykonał EKG.

- Było na nim widać zmiany, o czym sam powiedział. Następnie ratownik wykonywał teletransmisję do lekarza. Rozmawiał na zestawie głośnomówiącym, więc słyszałam rozmowę. Lekarz powiedział, że jest przerwa przy lewej komorze, świadcząca o tym, że pani jest po zawale. I trzeba zawieźć moją siostrę do szpitala w celu obserwacji bólu zamostkowego – relacjonuje pani Anna.

Lekarz, z którym konsultował się ratownik medyczny, zalecił przewiezienie siostry pani Anny do szpitala. Jednak ratownik stwierdził, że z powodu duszności, jedyną placówką, która przyjmie kobietę, będzie szpital zakaźny.

- Ratownik skończył rozmawiać i powiedział: „Dobra, pani Ulu, pani jest tutaj szefową. Powinna pani trafić na oddział, bo ma pani ból zamostkowy i jest po zawale, tylko, że zwykły szpital nie przyjmie nas po duszności, odeślą nas na zakaźny. A na zakaźnym to tak, jak pani wie, trafi pani na brudny SOR, a tam 15 łóżek, wszyscy w jednej sali. I trzy osoby mają koronawirusa, a 10 osób nie ma, a później i tak wszyscy mają” – przywołuje pani Anna.

- Odradzał jej szpital, stwierdził, że będzie bezpieczniej, jeśli zostanie w domu. Przyszedł do nas człowiek, który ma za zadanie ratowania życia i myśleliśmy, że jesteśmy w bardzo dobrych rękach. Później się okazało, że to była bardzo nieodpowiednia osoba – dodaje Gruszczyk.

41-latka straciła przytomność

9 godzin później stan kobiety pogorszył się. Pani Anna podjęła decyzję, że zawiezie siostrę do szpitala.

- Siostra straciła przytomność w łazience. Chciała się odświeżyć, nie była w stanie. Syn mojej siostry wezwał pogotowie, sama próbowałam ją ocucić. Przeszła na czworakach do pokoju i położyła się na kanapie i kilka minut później weszło pogotowie – relacjonuje Gruszczyk.

- Zdziwienie mnie dopadło, kiedy zobaczyłam ratowników. Ten sam ratownik, który wszedł rano, pojawił się z drugim ratownikiem. Pierwsze słowa, jakie powiedział, to: „Ale mnie pani wystraszyła”. Ja mówię: „Kto kogo wystraszył, ona powinna być rano w szpitalu”. Przyjechała jeszcze druga specjalistyczna karetka i wszedł lekarz – dodaje pani Anna.

„Dlaczego nie przyjechaliśmy rano?”

41-latka została przewieziona do Szpitala Bródnowskiego w Warszawie, gdzie lekarzom udało się przywrócić pracę serca i ustalić, że przyczyną problemów był zator płucny.

- Padło pytanie od lekarza: „Dlaczego nie przyjechaliśmy rano?”. Powiedział: „Przecież można było pomóc” – przywołuje pani Anna.

Podczas pobytu w Szpitalu Bródnowskim u siostry pani Anny jeszcze kilka razy doszło do zatrzymania krążenia i mimo wysiłków lekarzy, kobieta po 4 dniach zmarła.

- Pacjentka przyjechała do nas w stanie ogólnym ciężkim. Jeżeli pacjent jest naprawdę chory, czyli ma jednostkę chorobową, która wymaga hospitalizacji, to każdy moment, kiedy trafia wcześniej do szpitala, jest dla niego lepszy – podkreśla lek. med. Marek Marecki, zastępca ordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Bródnowskim.

Siostra pani Anny osierociła 13-letniego syna, którego samotnie wychowywała. Chłopcem opiekuje się teraz jego babcia, która musiała przeprowadzić się z innego miasta i zamieszkać w warszawskim mieszkaniu zmarłej córki. Nastolatek wciąż przeżywa śmierć matki.

- Mieszka mi się dobrze, ale mamy nie da się zastąpić. W pierwszym miesiącu byłem zdruzgotany, bardzo brakuje mi mamy i dałbym wszystko, żeby tu jeszcze była.

„Ratownik okazał się niesprawny”

Po śmierci siostry pani Anna poprosiła o dokumentację z pogotowia i ze szpitala.

Dokumentację medyczną zmarłej kobiety pokazaliśmy lekarzowi z 30-letnim doświadczeniem pracy w ratownictwie medycznym.

- Na podstawie tej dokumentacji można stwierdzić, że pacjentka była w stanie ciężkim – zagrożenia życia. I podczas konsultacji z lekarzem, ten zalecił hospitalizację. Nagle okazało się, że pani nie pojechała do szpitala. A nie wykluczone, że nie wyraziła zgody, my tego nie mamy potwierdzonego na piśmie. Gdyby pacjentka się źle czuła, bardziej niż się boi infekcji, to prawdopodobnie natychmiast wezwałaby ponownie pogotowie – mówi lek. med. Ignacy Baumberg, specjalista ds. ratownictwa medycznego.

Jednak siostra zmarłej mówiła, że obie miały wrażenie, że mają w domu ratownika medycznego, który wie, co robi i powinny zastosować się do jego rad.

- To miara naszej gigantycznej odpowiedzialności. My nie możemy działać bez zaufania, ale skoro jesteśmy obdarzeni zaufaniem, to jesteśmy zobowiązani w najwyższym stopniu. W trudnej sytuacji ludzie podporządkowują się autorytetowi. Przyjeżdża ratownik i podejmuje takie, a nie inne decyzje, doktor mówi, że do szpitala, ratownik mówi, że nie. To jednak chyba coś wie. Te kobiety były bezradne, a los tej pacjentki, która zmarła i całego otoczenia zależał od ratownika, który okazał się niesprawny – uważa Baumberg.

„Pochować własne dziecko”

Siostra zmarłej kobiety o całej sprawie powiadomiła prokuraturę, która zdecydowała o wszczęciu postępowania.

Przedstawiciele dyrekcji pogotowia odmówili spotkania się z nami przed kamerą, tłumacząc, że najpierw muszą w tej sprawie otrzymać pisemne wyjaśnienia od ratownika medycznego. Ale, kiedy to nastąpi, nie potrafili nam powiedzieć.

- To straszne dla matki pochować własne dziecko, właściwie przez głupotę jednego człowieka. Mówię o ratowniku. Sama przeszłam zawały serca i wiem, że gdyby była zabrana do szpitala, to może byłoby dobrze. Myślę, że byłoby dobrze – uważa matka zmarłej.

Ratownik, który według relacji rodziny zmarłej kobiety odradzał przejazd do szpitala, został wezwany na przesłuchanie przez prokuraturę.

Dodaj komentarz