- Zawsze, patrząc na Bartka, będę widziała też Kubę i zawsze będę się zastanawiała, jaki on by był, czy dalej byłby taki spokojny i grzeczny, czy wyrósłby z niego mały potworek, który by nam dokuczał. To pytania, na które nigdy nie dostanę odpowiedzi – mówi zrozpaczona matka.

Wypadek

25 kwietnia w Szczytnie rozpędzony ford mustang, prowadzony przez 29-letniego kierowcę, wjechał w wózek, który prowadziła babcia bliźniaków.

- Byłam tam od razu, widziałam chłopców, jak wyglądali. Byłam przy Bartku, do końca życia nie zapomnę wyrazu jego oczu. Pamiętam jak histerycznie krzyczałam, czemu karetki tak wolno jadą, czemu nikt ich nie ratuje, nie pomaga. Kuba wyglądał jakby spał, nie było po nim widać aż tak mocnego urazu, u Barta wyglądało to strasznie. Miał bardzo mocno spuchnięte oko, krew lała się z nosa, uszu, każdej części otwartej ciała – opowiada Beata Pieczyńska.

Bliźniaki po wypadku przewieziono na oddział intensywnej terapii w Olsztynie. Rozpoczęła się walka o ich życie.

- Ludzie, którzy ratowali chłopców, wychodzili z SOR-u i patrzyli na nas z mocno współczującym wzrokiem, bo widzieli, że może być bardzo źle – mówi Pieczyńska.

Niestety, Kuba zmarł po tygodniu. Do tej pory rodzina nie może sobie poradzić z traumą. Wydarzenia związane z wypadkiem mocno przeżywa także mąż pani Beaty i jej matka, która wtedy wiozła w wózku chłopców na spacer.

Pani Beata za naszym pośrednictwem zwróciła się do druzgotanych dziadków bliźniaków:

„Kochana mamo, kochany tato!

Wiem, jak mocno przeżyliście wypadek chłopców. Wiem, że cierpicie podwójnie, straciliście ukochanego wnuczka i musicie patrzyć, jak cierpi wasza córka. Nigdy nie będziemy mieli do was żalu, o to, co się stało. Mamusiu, to nie twoja wina, pamiętaj, że nigdy nie będę cię obwiniała. Wiem, że próbowałaś ich ratować, chronić, ale nie miałaś szans w starciu z rozpędzonym autem. Bardzo was kocham, jesteście moim wsparciem i bez was nie miałabym tyle siły, by to znieść i walczyć o Bartka. Dziękuję, że wychowaliście mnie na taką osobę, jaką jestem. To dzięki wam i waszej miłości, jestem w stanie się uśmiechać. To dzięki wam, jestem w stanie być taka dzielna przy Bartku”.

Wojownik

Malutki Bartek spędził na oddziale intensywnej terapii dwa i pół miesiąca, potem nieprzytomny trafił na oddział rehabilitacyjny, gdzie spędził kolejne dwa i pół miesiąca. Podczas pobytu w szpitalu chłopiec przeszedł osiem ciężkich operacji.

- Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Bartka, to pomyślałem, że nie damy rady. Wiedzieliśmy, że jego brat nie przeżył i jest po dużym urazie mózgu, bo tam też są krwiaki, jest zwiększone ciśnienie śródczaszkowe, w zasadzie ciągłe powikłania – żołądkowo-przełykowe, zapalenia płuc – mówi prof. Ireneusz M. Kowalski, kierownik katedry i kliniki rehabilitacji Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Olsztynie.

- Dla wielu osób, które widziały Bartka w szpitalu, jest on małym cudem. Mimo wszystko nie poddaje się. Jak lekarze mówią, że on czegoś nie zrobi, on za chwilę to robi. Daje nam poczucie siły, żeby się nie poddawać – przyznaje pani Beata.

Po pięciu miesiącach spędzonych w szpitalu Bartek wreszcie mógł wrócić do domu. Nie oznacza, to jednak, że jest zdrowy.

- Bartek miał niedowład czterokończynowy, ale w szpitalu wróciła mu do aktywności lewa strona ciała. Prawa strona ciała jest jeszcze dużo słabsza. Ręka jest oceniana na 20 proc., noga na 50 proc. Bartek ma też wszczepioną zastawkę w mózgu, komorowo-otrzewnową, która reguluje ciśnienie śródczaszkowe. Ma jeszcze obrzęk mózgu, uszkodzoną lewą półkulę – wymienia pani Beata.

Od razu po wyjściu ze szpitala matka chłopca rozpoczęła walkę o to, by Bartek mógł wrócić do możliwie normalnego życia. Chłopiec jest objęty opieką wielu specjalistów, przechodzi też żmudną rehabilitację.

Pomoc

Chłopiec potrzebuje teraz domowego sprzętu rehabilitacyjnego, który pomógłby mu wrócić do sprawności. A także wielu konsultacji lekarskich. Rodzice marzą też, by pojechać z nim na turnus rehabilitacyjny, ale jak podkreślają, wszystko to ogromne koszty.

Panią Beatę w walce o zdrowie Bartka wspomagają pracownicy poradni psychologiczno-pedagogicznej w Szczytnie i przyjaciele, który organizują zbiórki pieniędzy, by pomóc chłopcu.

- Myślę, że pani Beata jest silna, już wcześniej była osobą, która dużo pomagała, udzielała się i w Szlachetnych Paczkach, i innych akcjach pomocowych – mówi Monika Ciecierska-Chełstowska, wicedyrektor poradni psychologiczno-pedagogicznej w Szczytnie.

- To jest chyba największe bohaterstwo. Czasami w mediach widzimy, że ktoś wskoczył do wody i uratował kogoś, ktoś inny w pożarze, ale to jest bohaterstwo kilkuminutowe. A u rodziców dzieci niepełnosprawnych to jest mega bohaterstwo, rozłożone na długie lata, a często na całe życie – podkreśla prof. Ireneusz M. Kowalski.

- Wypadek sprawił, że przestaliśmy marzyć. Dla nas jest jedno marzenie, żeby Bartek stanął na nogi, był w miarę samodzielny, żeby nie obarczać starszego, naszego syna koniecznością opieki nad bratem. Nie chciałabym, żeby był tym przytłoczony. Nie oszukujmy się, my z mężem wiecznie żyć nie będziemy. Nie będziemy w stanie do końca życia zapewnić Bartkowi takiej opieki, która by nas satysfakcjonowała. Muszę zrobić wszystko, żeby stanął na nogi, żeby się z tego podniósł, a resztę jakoś sobie poukładamy – kwituje pani Beata.

Wspólnie z nami możesz pomóc Bartkowi oraz innym podopiecznym Fundacji TVN. Wystarczy wysłać SMS na numer 7126 o treści POMAGAM (1,23 zł z VAT).

Historię Bartka przedstawiamy w ramach naszej corocznej świątecznej akcji na rzecz podopiecznych Fundacji TVN. W kolejnych reportażach kolejne dzieci opowiedzą o tym, z czym muszą zmagać się, na co dzień. Warto pomagać!

SMS 7126 o treści POMAGAM (1,23 zł z VAT)
Wspieram online bit.ly/2xyuSkb

Podopiecznych Fundacji TVN "nie jesteś sam" można wesprzeć również na specjalnej zbiórce na Facebooku >>>

Dodaj komentarz