- Czego się boją polscy pracodawcy? Przecież mają zapłacić polskim kierowcom. Tych pieniędzy nie zabierze Niemiec – komentuje dyskusję Adam Szymajda, który pracuje w niemieckiej firmie transportowej. Zarabia tam ok. 1,8 tys euro miesięcznie, plus dodatki. Od całości zarobków, pracodawca odprowadza składki na ubezpieczenie. Złą sytuację polskich kierowców tłumaczy krótko: - Dlaczego polscy pracodawcy w ciągu pięciu – siedmiu lat muszą rozwinąć swój transport w kilkanaście samochodów? A Niemiec przez tyle lat ma wciąż parę pojazdów?

A Iwona Blecharczyk, zawodowo kierująca samochodem ciężarowym, nie ma wątpliwości: - To żadna tajemnica, że Polacy, Bułgarzy, Rumunii, Ukraińcy to jest tania siła robocza Europy – stwierdza Blecharczyk.

Reporter UWAGI! sprawdził, jak na co dzień wygląda życie kierowców. Przygotowanie obiadu oznacza wyciągnięcie prowizorycznej kuchenki i zupki z proszku. – Jak u Pani Gessler – ocenia jeden z kierowców. – Lepiej, żeby tego nie oglądała – dodaje szybko inny uczestnik obiadu, który do gotującej się zupy dorzuca jeszcze dwie kiełbasy.

Restauracje i hotele przy głównych autostradach zarabiają głównie na kierowcach ciężarówek. Okazuje się jednak, że Polacy - w przeciwieństwie do naszych zachodnich sąsiadów - rzadko z tego korzystają.  - Polskich kierowców możemy w ciągu roku zliczyć na palcach dwóch rąk. Zagranicznych mamy tyle samo. Tyle, że w ciągu tygodnia – wylicza menadżerka hotelu i restauracji „Sarmata”, Magdalena Skiba.

Dlaczego tak się dzieje? Zasadnicza pensja kierowcy przewozów międzynarodowych jest zbliżona do najniższej krajowej. Wynosi niecałe 1300 złotych na rękę. W rzeczywistości kierowcy zarabiają od czterech do sześciu tys. złotych. Wszystko dzięki temu, że sporą częścią ich zarobków są diety i ryczałty za noclegi w samochodach. Ile zaoszczędzą na jedzeniu za granicą czy hotelach, tyle zostanie w ich kieszeni.

To dlatego, wyjeżdżając w trasę kierowcy starają się zabrać prowiant z kraju, by uniknąć zakupów w drogich, zagranicznych marketach. - Ciężko byłoby żyć za 1000 zł. My mamy rodziny, niektórzy wielodzietne – komentują, w rozmowie z dziennikarzem TVN UWAGA!, kierowcy TIR-ów.

Diet i ryczałtów, dostają średnio 80 euro dziennie.  Miesięcznie potrafią z tej kwoty zaoszczędzić ponad 1000 euro. – Kierowca jest traktowany jak pies. Kiedy po dwóch - trzech miesiącach wraca z zagranicy do kraju, w kabinie jest wszystko... On tam śpi, je, gotuje, pierze, suszy.  Musi to robić, żeby godnie żyć – przekonuje Tadeusz Kucharski, Przewodniczący Krajowej Sekcji Transportu Drogowego  "Solidarność”.

Problem ma też drugie dno: od diet i ryczałtów nie odprowadza się składek na ubezpieczenie społeczne. - Mój 58-letni kolega, który całe życie jeździ ciężarówką, dostał wyliczenie z ZUS-u. Za dziesięć lat jego emerytura wyniesie 300 zł – mówi Iwona Blecharczyk.

Przedstawiciele związków zawodowych od lat walczą o podwyższenie podstawowego wynagrodzenia kierowców, a co za tym idzie – również odprowadzanych składek. Bezskutecznie. Również ostatnia inicjatywa Niemców, by minimalne wynagrodzenie za godzinę wynosiło 8,5 euro, spowodowała ostry protest właścicieli firm transportowych.

Chcieliśmy porozmawiać z polskimi pracodawcami, niestety większość  odmówiła.

Zgodził się Wojciech Masłowski, właściciel średniej firmy transportowej, specjalizującej się w przewozie samochodów. Tłumaczy, że niemieccy przewoźnicy dostają od zleceniodawców wyższe stawki za przewozy, czyli tzw. frachty, a więc są w stanie udźwignąć wyższe koszty pracy kierowców. Sam deklaruje: - Kiedy stawki będą wyrównane, będziemy mogli płacić takie same wynagrodzenia kierowcom – mówi Masłowski.

Póki co, przepis wprowadzający podwyżkę został zawieszony jeżeli chodzi o tranzyt przez Niemcy. Nowy przepis dotyczy tylko transportów wewnątrz Niemiec. Czy Niemcy mają prawo ingerować w unijny rynek przewozowy – ma rozstrzygnąć Komisja Europejska.

Dodaj komentarz