Na olbrzymim, odludnym terenie, łodzianin Longin Siemiński zbudował z żoną prawie dziesięć lat temu największe w Europie prywatne schronisko dla zwierząt. Za szczelnym betonowym murem mieszka tu dziś ponad trzy tysiące psów i setka pracowników. Wśród organizacji  społecznych zajmujących się ochroną zwierząt, miejsce to od lat budzi przerażenie - nazywają je psim obozem koncentracyjnym i mordownią. Jednak liczne kontrole nie wykazały uchybień, a śledztwa prowadzone przez prokuraturę kończyły się umorzeniem.

- W tym schronisku nie znajdziemy takiego standardowego znęcania się nad zwierzętami - bicia zwierząt, głodzenia. Tu znęca się nad zwierzętami w inny sposób. Kilka tysięcy psów tłoczy się po kilkanaście osobników w jednym boksie. Są karmione odpadkami, nie mają budy, walczą o przetrwanie i zagryzają się nawzajem. Tak jest od wielu lat – tłumaczy Grzegorz Bielawski z organizacji „Pogotowie dla Zwierząt”.

Właściciel Wojtyszek oferuje gminom, które zgodnie z przepisami prawa na swoim terenie odpowiadają za bezpańskie psy, wyłapanie psów i ich utrzymanie, w zamian za opłatę. Dzienna stawka za utrzymanie psa, to pięć, do siedmiu złotych za dzień.

Aby interes się kręcił, trzeba jednak ograniczać koszty. W przeciwieństwie do typowych schronisk, psy  umieszczono w olbrzymich, pozbawionych podstawowych wygód boksach. Każdy z takich boksów może  zmieścić ponad sto psów. By ograniczyć walki zwierząt w oddzielonych murami  stadach, każdego boksu pilnuje pracownik.

O warunki przebywania psów w Wojtyszkach dziennikarze UWAGI! zapytali profesora Wojciecha Pisulę z Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk, specjalistę do spraw zachowań zwierząt.

- Takie duże grupy to bez wątpienia czynnik ryzyka. Zawsze mogą być w stadzie osobniki, które mają wyższą pozycję w tej hierarchii, to jest poziom hałasu i utrudniony kontakt z człowiekiem – mówi prof. Wojciech Pisula, specjalista ds. zachowań zwierząt, Instytut Psychologii, Polska Akademia Nauk.

Schronisko w Wojtyszkach ma podpisane umowy z ponad setką gmin. Właściciel zgłasza urzędnikom złapanie na terenie danej gminy psa, a potem obciąża gminy kosztami pobytu takiego psa w swoim schronisku. Jednak, gdy jedna z gmin próbowała dwa lata temu zobaczyć psy, za które płaci, nieoczekiwanie pojawił się problem.

- Okazało się, że właściciel schroniska nie potrafi zidentyfikować psów, za które płaciliśmy horrendalne pieniądze. To jest skala około 30 tysięcy złotych miesięcznie, prawie 400 tysięcy złotych rocznie – mówi Jacek Lipiński, Burmistrz Aleksandrowa Łódzkiego.

- Dokumentacja jest doskonała, piękne segregatory, zdjęcia psów, książeczki opisane. Natomiast, gdy zostali poproszeni o pokazanie psów, pracownicy usłyszeli, że mogą sobie pójść je poszukać i dostali czytnik chipów do ręki. Oczywiście nikt się nie odważył wejść do boksów, gdzie było kilkadziesiąt psów – dodaje Ewa Rewakowicz, z-ca burmistrza Aleksandrowa Łódzkiego.

Gdy urzędnicy z Aleksandrowa Łódzkiego zażądali zwrotu psów ujętych na terenie ich gminy, właściciel schroniska w Wojtyszkach nie zaoferował praktycznie żadnej współpracy i pomocy, a wręcz można było odnieść wrażenie, iż robił on wszystko, by nie oddać zwierząt. Po dwóch latach oddał tylko część psów, które trafiły do nowego schroniska  w podłódzkim Zgierzu.

- W dwa dni trafiło do nas 60 psów. Najbardziej mają poszarpane pyski. Kiedy psy do nas przyszły, przez kilka pierwszych dni nie jadły, bo nie wiedziały, co to miska. Chciały je wywracać i jeść z ziemi – mówi Elżbieta Andrzejewska, Fundacja „Medor”.

Przy okazji odbierania psów w Wojtyszek wyszło na jaw, że właściciel tego schroniska nie sprawdzał czy psy, które do niego trafiają mają oznaczenie czipowe. Zdaniem wielu osób, oznacza to, iż nie interesował się on tym, czy pies ma właściciela, któremu trzeba go zwrócić.

- Wzięłam dokumentację i wpisałam numer czip do bazy danych. Wyskoczyły mi dane właściciela, zatelefonowałam, że jego pies znalazł się po 3,5 roku – mówi Elżbieta Andrzejewska, Fundacja „Medor”.

Dziennikarze UWAGI! próbowali oszacować wpływy właściciela Wojtyszek z tytułu prowadzenia tego schroniska. Zakładając minimalną stawkę za utrzymywanie jednego  psa i oficjalną, wykazywaną przez właściciela schroniska liczbę zwierząt pozostających w jego schronisku można założyć, że roczne przychody są niemałe: to ponad 6 mln 200  tysięcy złotych. Jakie są rzeczywiste koszty utrzymania tej firmy?  Reporterom udało się dotrzeć do kilku byłych pracowników schroniska. Ich relacje rzucają światło na to, co dzieje się za wysokimi murami zwierzęcego kombinatu.

- Do weterynarza po dyżurze trafił pies z wyrwanym językiem. Zrobił to pracownik hakiem od lodów  podczas uciszania.  Wchodzą na boksy i biją czym popadnie, żeby je uciszyć – opowiada Elżbieta, była pracownica schroniska.

Dziennikarze UWAGI! ujawnili także, na największą ich zdaniem tajemnicę przedsiębiorstwa Longina Siemińskiego. Przez lata organizacje pozarządowe wykonały benedyktyńską pracę, by ustalić ile psów w sumie trafiło w sumie do jego firmy.

- Porównując dane z poprzednich lat i stany, które są, możemy powiedzieć, że się nie zgadzają. Mamy źródłowe dane z gmin, ile psów wysłano. Proste porównanie wykazuje manko tysięcy psów – mówi Tadeusz Wypych, Fundacja dla Zwierząt „Argos”.

- Różnica jest taka, że nie mamy żadnych danych z tamtej firmy. Firma była na żonę, ja z żoną firmy nie prowadziłem. Ja praktycznie nie byłem nawet pracownikiem. Przejmowałem firmę po śmierci żony bez żadnych dokumentów. Ja się nie wypieram, że w tym okresie przyszło do firmy 5 tysięcy psów. Ja nie mam k… nic do ukrycia – stwierdził właściciel.

Czy właściciel schroniska mówi prawdę? Jego słowa brzmiały dla dziennikarzy kompletnie niewiarygodnie. Choć formalnie firma była własnością jego żony Marioli Siemińskiej, która zmarła niecałe cztery lata temu, w licznych publikacjach dotyczących schroniska zawsze, od początku jego działalności, występowali oni razem, a pierwsze skrzypce w tym duecie grał Longin Siemiński. Mimo to właściciel w rozmowie z dziennikarzami UWAGI! dalej brnął w swoją wersję.

Dziennikarze UWAGI! nie dowiedzieli się niestety, gdzie zaginęły tysiące psów. Mimo, że prawdomówność właściciela Wojtyszek budziła coraz większe wątpliwości dziennikarzy,  reporterzy postanowili rozwiać je dopiero następnego dnia podczas oficjalnej rozmowy przed kamerą, przed którą w końcu zgodził się wystąpić właściciel schroniska.

Jak tłumaczył się właściciel schroniska w Wojtyszkach z różnicy w ilości przyjętych i przebywających aktualnie w schronisku zwierząt?

Dodaj komentarz