Psy nie były w stanie ustać na nogach

Konające zwierzęta znaleźli pracownicy fundacji „Do serca przytul psa” z Zawiercia. Czworonogi, przez co najmniej dwa miesiące prawie nic nie jadły, ani nie piły. Zamknięte zostały w opuszczonym domu oraz komórce.

- Miejsce, w którym znajduje się pies, wskazała nam osoba zgłaszająca problem. Początkowo myśleliśmy, że jest tam jeden pies, którego było widać i słychać. On starał się wydostać. Szczekał, skakał po parapecie. To było desperackie ujadanie – opisuje Patrycja Rubin, prezes fundacji "Do Serca Przytul Psa".

Po wejściu na posesję, okazało się, że zamkniętych psów jest więcej.

- Zobaczyliśmy psa zamkniętego w klatce. Zwierzę było w stanie agonalnym. Było zagłodzone, nie było w stanie ustać na nogach. Pies ważył 6 kg, a powinien ok.16 kg – mówi Patrycja Rubin. I dodaje: W kolejnym pomieszczeniu odkryliśmy dwa psy. Jeden był tak słaby, że wypadł po otworzeniu drzwi. Był to dog kanaryjski ważący 28 kg, normalnie powinien około 75 kg.

Z relacji sąsiadów wynika, że właścicielka psów wyprowadziła się z domu ponad miesiąc temu. Zwierząt jedna ze sobą nie zabrała. Największe zdziwienie budzi fakt, że psy to hodowlane championy, pochodzące ze znanej jeszcze kilka lat temu hodowli dogów kanaryjskich.

- Udało mi się skontaktować z właścicielką. Poinformowała mnie, że nie może przyjechać i poprosiła o interwencję dzień później. Ta pani nie miała wytłumaczenia, dla tego, co zastaliśmy na posesji – mówi Rubin.

Właścicielka psów to Małgorzata Z. Kobieta razem ze swoim mężem przez wiele lat prowadziła hodowlę psów, zdobywała wiele nagród.

- Małgosię wychowywała babcia. Dopóki babcia żyła, wszystko było w porządku. Potem jej zabrakło, ona rozwiodła się z mężem. Poznała jakiegoś mężczyznę i kontakt między nami się urwał. Nie ma wytłumaczenia tej sytuacji. Wystarczył jeden telefon z prośbą o pomoc. Kilka miesięcy temu mówiła mi o planach przeprowadzki do mieszkania i mówiła, że z psami będzie problem – mówi anonimowo przyjaciółka Małgorzaty Z.

Hodowla Małgorzaty Z. była znana w Polsce i za granicą. Do tej pory w sieci można znaleźć jej ogłoszenia dotyczące sprzedaży psów. Kobieta jednak od kilku lat nie jest zrzeszona w Polskim Związku Kynologicznym.

- Oni się szczycili tą hodowlą, mieli plany na kolejne kojce. Bardzo jednak zaniedbali to miejsce, wszystko pozarastało – mówi Lidia Machura, sąsiadka.

 

Małgorzata Z. od kilku tygodni mieszka w bloku ze swoim nowym partnerem. Pomimo wielu prób, nie udało nam się z nią porozmawiać.

Pomoc

Po interwencji wolontariuszy z fundacji psy trafiły do weterynarza. Rozpoczęła się walka o ich życie, ponieważ ich wycieńczone organizmy miały problem z przyjęciem pokarmu.

- Psy były w bardzo złej kondycji. Miały wielkie zaniki mięśniowe. Badania krwi wykazywały anemię. Podejrzewamy, że od kilku miesięcy nie dostawały regularnie jedzenia. Psy cały czas są w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Odbudowa masy mięśniowej potrwa kilka miesięcy. Na razie walczymy o przywrócenie funkcji trawiennych. Wczoraj jeden z psów przeszedł operację na wzdęcie żołądka. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś mógł doprowadzić zwierzęta do takiego stanu – mówi Daria Sagan, lekarz weterynarii.

Na szczęście wszystkie cztery znalezione psy udało się uratować. Powoli wracają do zdrowia.

- Bałyśmy się, że te psy nas zaatakują. A to szły zwłoki siłą woli. To była skóra i kości. W oczach tych psów była wdzięczność za uratowanie im życia – podkreśla Marta Szulakiewicz z fundacji "Do Serca Przytul Psa".

Małgorzata Z. usłyszała zarzut znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem, za co grozi jej kara do pięciu lat więzienia. Kobieta przyznała, że psami nie interesowała się od czerwca.

Po tym, jak się wyprowadziła z domu jej sąsiedzi dwukrotnie zgłaszali straży miejskiej, że na terenie posesji mogą znajdować się porzucone zwierzęta. Funkcjonariusze interweniowali, ale nic podejrzanego nie zauważyli.

- Patrol straży miejskiej był na miejscu. Wielokrotne próby wejścia nie powiodły się. Rozpytaliśmy o sytuację sąsiadów. Usłyszeliśmy, że prawdopodobnie tych psów już na posesji nie ma – przekonuje Sławomir Pabiasz, komendant Straży Miejskiej w Myszkowie.

 

- Przyjechała straż miejska, potrąbili, żeby otworzyć i pojechali dalej. Za drugim razem usłyszeliśmy, że trzeba sprawę rozwiązać inaczej. I na tym się skończyło – odpowiada mieszkanka Myszkowa.

Trzy dogi kanaryjskie trafiły pod opiekę pracowników schroniska w Zawierciu, natomiast Bulterierką Kejti, która była przetrzymywana w ciasnej klatce, zajęła się pani Patrycja, która ją znalazła.

- To wspaniały pies. Potrzebuje opieki, pieszczot. Ma ogromną wolę życia. Widać po niej, że wraca do formy, lubi spacery. Moje psy podjęły się opieki nad nią. Kejti będzie u mnie do czasu, jak nie dojdzie do siebie. Sama znajdę jej dom, ale niech dojdzie do siebie - opowiada Patrycja Rubin.

Małgorzata Z. zrzekła się prawa do swoich czterech psów. Zwierzęta nie mogą jeszcze być adoptowane, przez kilka miesięcy muszą nabierać wagi i pozostawać pod okiem weterynarza.

Dodaj komentarz