„Jakby leciała na nas szarańcza”

Słoneczny weekend zamienił się dla pani Doroty i jej sąsiadów w prawdziwy horror.

- To wyglądało jakby leciała na nas szarańcza. Poczuliśmy pieczenie oczu, gardła, nie da się tego nawet opisać. Zamknęłam się w łazience i z niemocy zaczęłam płakać i krzyczeć. To był drugi z kolei taki dzień – opowiada Dorota Śleziak. I dodaje: - Wszystko leci w kierunku naszych mieszkań. Dzieci znów będą siedziały w domu.

Mieszkańcy od razu powiadomili służby, w tym inspektorów ochrony środowiska. Według relacji mieszkańców, życie w pobliżu zakładu od ponad roku jest nie do zniesienia.

- To jest ok. 100 metrów od naszych bloków i już mamy inną planetę. Problem zaczął się półtora roku temu, natomiast od kilku miesięcy te hałdy zaczęły w tak szybkim tempie rosnąć. Nie wiemy, co to jest, ani ile tego jest. Ten materiał nie ma żadnych zabezpieczeń, a moje dzieci i cała moja rodzina to wdychają – dodaje pani Dorota.

Problem z zapyleniem występował w tej okolicy już pięć lat temu. Wtedy dotyczył mieszkańców wsi Źrebce, położonej po drugiej stronie kamieniołomu. Tam też są usypane blisko 10-metrowe hałdy.

- Jak przyjechały cysterny, to zadymili tutaj całą okolicę. Nie dało się oddychać. Zgłaszaliśmy to, sołtyska interweniowała. To było w 2016 roku. Przyjechała komisja, która stwierdziła, że nie ma żadnych nieprawidłowości i na tym się skończyło. Siedzimy jak na bombie, bo nie wiemy, co tam było. Może weszło to w wody gruntowe i to dziś pijemy – podkreśla Stanisław Makowski, mieszkaniec Źrebiec.

Pani Dorota przekonuje, że wdychany pył odbija się na ich stanie zdrowia.

- Kilkukrotnie miałam ostre alergiczne zapalenie krtani. W październiku musiałam dostać natychmiastowy zastrzyk. Teraz wiem, skąd te schorzenia – opowiada Śleziak.

Incydent?

Właściciel zakładu, Adam K., ma pozwolenie m.in. na wydobycie skał i łupków, a także na składowanie odpadów górniczych. Umówiliśmy się z nim na spotkanie przed siedzibą zakładu.

- To zdarzenie miało charakter incydentalny. Materiał jest przykryty i nie ma teraz możliwości, żeby cokolwiek się zapyliło. To było kruszywo o frakcji piaskowej – przekonuje Adam K.

W trosce o bezpieczeństwo swojej rodziny pani Dorota, reprezentująca też stanowisko innych mieszkańców, postanowiła interweniować i umówiła się na spotkanie z Adamem K.

- Przy kopalniach zawsze się kurzyło i kurzyć będzie. Jak idę mieszkać w okolicy kopalni, to zdaję sobie sprawę, że tam albo się tłuką (...) albo się kurzy – podkreśla właściciel.

W maju ubiegłego roku, na terenie zakładu, na działce wydzierżawionej przez Adama K. innej spółce, policja odkryła ponad 800 pojemników z podejrzaną cieczą. Śledztwo wykazało, że były to odpady niebezpieczne. Biegli wykonali odwierty w ziemi i pobrali do badań także próbki z kamieniołomu Adama K. W styczniu tego roku prokuratura dostała wyniki.

- Odpady niebezpieczne, hutnicze, chemiczne czy substancje ropopochodne, zrzucane były na teren kamieniołomu, a następnie przysypywane były odpadami pogórniczymi. W ten sposób starano się ukryć niebezpieczne dla ludzi substancje. Szacujemy, że mogło być to kilkaset ton. Oczywiście będzie to wiadomo dopiero, gdy nastąpi usunięcie odpadów z tego terenu – mówi Janusz Hnatko z Prokuratury Okręgowej w Krakowie.

Śledztwo prokuratury trwa, a zakład działa, pomimo wykrycia niebezpiecznych odpadów. Choć co roku odbywały się w nim kontrole inspektorów ochrony środowiska, nigdy nie ujawniły żadnych poważnych nieprawidłowości.

- Śledztwo prowadzone jest przez prokuraturę, natomiast teraz przeprowadzamy kompleksową kontrolę. Będziemy pobierać próbki gleby. Jeśli ta kontrola wykaże szereg nieprawidłowości, to będą podjęte kroki, zmierzające do zamknięcia zakładu – podkreśla Magdalena Gala z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Krakowie.

Jak sprawę komentuje burmistrz?

- Naszych interwencji w WIOŚ-u jest kilka lub kilkanaście rocznie. Problem zapylenia jest incydentalny. To, co mogłem zrobić w tej sprawie jako burmistrz, to zrobiłem. Mam nadzieję, że po kontroli WIOŚ nigdy się taka sytuacja nie powtórzy – mówi Robert Maciaszek, burmistrz Chrzanowa.

- Dla mnie to niewyobrażalne, jak można nie myśleć o drugim człowieku i jego zdrowiu. Jak się rozchorujemy, kto nam to życie zwróci? – odpowiada pani Dorota.

Dodaj komentarz