Kontrola przeprowadzona przez Pogotowie dla Zwierząt, w schronisku dla bezdomnych psów w Kotliskach pod Kutnem, wykazała szereg nieprawidłowości i znalazła swój finał w prokuraturze. - Trwa postępowanie w tej sprawie. Jest wysoce prawdopodobne, że dojdzie do postawienia zarzutów – mówi Krzysztof Kopania z prokuratury okręgowej w Łodzi. Śledczy już wcześniej prowadzili postępowania w tej sprawie, ale nie udało im się zebrać dowodów, które pozwoliłyby na postawienie zarzutów. Być może to dlatego, że wówczas bazowali  na wynikach kontroli powiatowych i wojewódzkich lekarzy weterynarii? – Wtedy stwierdzano pewne nieprawidłowości, ale warunki bytowe zwierząt określano jako dobre – podkreśla Kopania. Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt o powiatowych lekarzach weterynarii mówi ostro: - To jest jakaś średniowieczna instytucja, która nie zajmuje się ochroną zwierząt, tylko papierkami!

Po interwencji, jaką Pogotowie dla Zwierząt przeprowadziło w schronisku, jego właściciel nie miał sobie nic do zarzucenia. Bielawski twierdzi wręcz, że zachowywał się obcesowo. - Do ataku dołączyli się wójtowie. Myślę, że ci ludzie robią to ze strachu przed własną odpowiedzialnością za to, że przez lata te zwierzęta konały tam w męczarniach – mówi Bielawski.

Właścicielowi schroniska odebrano chore zwierzęta. To, co zastaliśmy na miejscu przeraża: zwierzęta były potwornie stłoczone, zalęknione, miały połamane kończyny, otwarte rany. - W zamrażalce schroniskowej były zwłoki dwóch psów. Jeden był bardzo zakrwawiony. Takie rzeczy nie dzieją się w wyniku naturalnej śmierci – podkreśla Katarzyna Śliwa-Łobacz z Fundacji na Rzecz Ochrony Praw Zwierząt MONDO CANE. Schorowane i wychudzone psy z Kotlisk, trafiły do kilku schronisk w Polsce, gdzie zostały poddane właściwemu leczeniu i opiece. - Zobaczcie, jaki on wciąż chudy! Ma krwiaki na uszach – pokazuje Elżbieta Andrzejewska ze schroniska dla zwierząt MEDOR. Pies, którego głaszcze, liże ją po ręce. – Trafiło do nas sześć w najgorszym stanie. Jeden z nich co dzień dostaje baterię leków. Ma wrzód rogówki, który za chwilę by pękł. To niewyobrażalny ból. Myślę, że tam w schronisku musieli to widzieć, ale przechodzili nad tym do porządku dziennego – mówi Andrzejewska. Zwierzęta potrzebowały dość dużo czasu, żeby zapomnieć o przebytej traumie. Jeden z psów, ze strachu, czołgał się i sikał. Dziś nie boi się już ludzi. Ogromnie cieszy go możliwość swobodnego biegania. – I tak już trzy tygodnie! Psy zachowują się tak, jakby pierwszy raz w życiu wyszły na wybieg! One wciąż nie mogą uwierzyć, że mają wolność. Są wesołe. One wręcz się do nas uśmiechają! – mówi Śliwa-Łobacz. - Ze wszystkich miejsc, do których trafiły psy zabrane z Kotlisk, mamy sygnały, że psy nie mogą się najeść. Jedzą do oporu – dodaje Beata Żółkiewska, OTOZ Animals.

Bruno zaginął rok temu. Jako odłowiony, bezdomny, pies trafił do Kotlisk. Mimo intensywnych poszukiwań, właścicielom udało się go odzyskać dopiero po interwencji w schronisku. Pobyt zwierzęcia w przytulisku, finansowało miasto. - Byliśmy w schronisku dwa razy, ale powiedziano nam, że takiego psa nie ma. Kiedy go odzyskaliśmy, był mocno zaniedbany: miał przerośnięty pazury, stado pcheł w sierści, zapalenie uszu – opowiada Małgorzata Trocha. Kiedy Bruno zobaczył, że przyszła po niego właścicielka, był przeszczęśliwy. – Kiedy wyszedł na trawę, skakał dosłownie jak zając – śmieje się Trocha.

Wszystkie psy, przebywające w schronisku w Kotliskach, są własnością gmin. Urzędnicy rzadko jednak interesują się nimi. Tymczasem koszt utrzymania każdego zwierzęcia, to średnio siedem złotych dziennie. Miasto Gostynin, za swoje psy, płaci osiemdziesiąt dwa tysiące złotych rocznie.  - Podjęliśmy działania, żeby w najbliższym czasie przenieść psy do innych schronisk – mówi Paweł Kalinowski, burmistrz Gostynina. Dlaczego wcześniej nie monitorowano schroniska? – Ono było monitorowane! – zaklina się burmistrz. I twierdzi, że na miejsce jeździli „pracownicy merytoryczni”. – Nie były zgłaszane żadne uwagi – dodaje. Urzędnicy często nie mają świadomości, za co płacą. Ich kontakt ze schroniskiem ogranicza się zwykle do przepływu faktur. Wójt Gminy Kutno na utrzymanie psów w Kotliskach wydaje aż sto dwadzieścia tysięcy rocznie! Twierdzi, że schronisko monitoruje. - Byłem tam kilka razy. Moim zdaniem warunki nie są tam najgorsze, a jeśli idzie o sprawy chorób, od tego są lekarze weterynarii – mówi Jan Bryła. I zapowiada, że odzyska „swoje” psy. – One powinny tutaj wrócić. Będę je żywił i leczył – mówi wójt. Wśród chorych, odebranych psów, były również te należące do Gminy Gostynin. Na utrzymanie zwierząt w Kotliskach, urząd wydaje dziewięćdziesiąt tysięcy rocznie. - Ostatnie przetargi wygrywa tylko schroniska w Kotliskach. Więcej ofert nie było – przyznaje  Edmund Zieliński, wójt gminy Gostynin. Czy teraz dołoży się do leczenia psów? – Rozważę to – twierdzi.

- Odebraliśmy z Kotlisk 20 psów. Żadna z gmin nie zainteresowała się jaki jest stan tych zwierząt i jakie podjęliśmy kroki, żeby ukarać sprawców – podkreśla Grzegorz Bielawski. A Beata Żółkiewska z OTOZ Animals ocenia: - Gminy płacą schroniskom na ślepo, nie wiedzą za co płacą. Jeśli gmina ma średnio 30-50 psów i kontroluje czy te psy faktycznie są na stanie schroniska, a umieralność w schronisku w Kotliskach jest bardzo wysoka, to płacą za „psy widmo”, za psy, których nie ma! A są to duże pieniądze. Pieniądze podatnika – podkreśla Żółkiewska.

Prokuratura nadal prowadzi śledztwo w sprawie znęcania się nad zwierzętami.

Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem - czekamy na Wasze zgłoszenia. Wystarczy w mediach społecznościowych otagować swój wpis (z publicznymi ustawieniami) #tematdlauwagi. Monitorujemy sieć pod katem Waszych alertów.

Dodaj komentarz