Codziennie kilkaset tysięcy Polaków korzysta z usług firm cateringowych. Takie usługi świadczy blisko 900 firm. Jedną z nich zainteresowaliśmy się po sygnałach od naszych widzów. Do redakcji Uwagi! zaczęły spływać dziesiątki maili od niezadowolonych klientów.

Pani Sylwia i pan Piotr

- Skusiła mnie cena, tego dnia był rabat minus 35 procent. Po rabacie wyszło 26 zł. Było pięć posiłków – wylicza Sylwia Ziętara.

W jej przypadku posiłki były dostarczane regularnie tylko na początku. Potem, co któryś dzień.

- Oprócz tego, że to była dla mnie strata finansowa, to człowiek nastawiał się, że będzie robił sobie dietę. A w takim wypadku nici z diety – ubolewa kobieta.

Z kolei pan Piotr pracuje w branży IT. Ze względu na brak czasu od lat korzysta z gotowych posiłków. Mężczyzna, podobnie jak pani Sylwia, również postanowił zmienić dostawcę. W przypadku pana Piotra o wyborze nowej firmy cateringowej także zdecydowały niezwykle atrakcyjne promocje.

- To jest dziwne, że firma, która dostarcza catering na całą Polskę, codziennie oferuje promocje, typu 30, 40, a nawet 50 procent plus dodatkowe dni gratis. Dzieje się to, w momencie kiedy rosną ceny żywności. Mało która firma byłaby w stanie coś takiego zrobić – uważa Piotr Jurek.

Szybko okazało się, że promocje są tylko pozorne, bo posiłki często po prostu nie docierają do odbiorcy.

- Około połowy zamówień było niezgodnych z naszym zamówieniem, z czego około 30 proc. w ogóle do nas nie dotarło – oblicza pan Piotr.

W sieci powstały grupy ludzi, którzy czują się oszukani.

- Czują się oszukani i często nie są zwracane im pieniądze. Największa jest grupa „Gdzie jest moje zamówienie?”. Jest 1200 członków grupy – wskazuje pani Sylwia.

Cztery różne nazwy

Zakład, w którym produkowane są posiłki wykupione przez naszych bohaterów, zlokalizowany jest w jednym z miast na północy Polski. To stąd posiłki trafiają do wielu miejsc w całej Polsce, oddalonych nawet o kilkaset kilometrów. Co ciekawe, ta sama firma oferuje i wysyła swoje diety, posługując się czterema różnymi nazwami.

Próbowaliśmy skontaktować się z producentem cateringu, wykorzystując numery telefonów podane na stronach internetowych firmy, jednak bezskutecznie. Kontakt telefoniczny okazał się niemożliwy.

Udało nam się dotrzeć do byłych pracowników firmy.

Zapytaliśmy, jak to możliwe, że udaje się zrobić pięciodaniową dietę za niecałe 30 zł.

- Udaje się to robić, bo część osób nie dostaje diet – usłyszeliśmy.

- Podejrzewam, że działa to na zasadzie piramidy finansowej. Łapią nowych klientów, mają promocje minus 40 proc., czy 50 proc., więc nowi klienci nieświadomi tego, co się dzieje, wykupują diety. I za pieniądze uzyskane od nowych klientów wypłacają starych klientów oraz pracowników – przekonuje były pracownik.

Od byłych pracowników dostaliśmy zdjęcia tego, co jeszcze niedawno było za bramą zakładu.

- Na przykład, jak widać na tych zdjęciach: niezabezpieczona żywność, śmieci, porozwalane wszystko w jedzeniu, puszki – opisuje jeden z pracowników. I dodaje: - No, na to niestety były przyzwolenia i robili z tym, co chcieli.

- Brak słów, to jest dla mnie skandal. To jest dla mnie trucie ludzi, oni powinni wziąć odpowiedzialność za to, co robią – mówi, oglądając zdjęcia dr Hanna Stolińska, dietetyk kliniczny.

- Jest to dla mnie szokujące, bo to jest firma, która jest pod nadzorem sanepidu, jak każda, gdzie się produkuje jedzenie. I że sanepid coś takiego zatwierdził i pozwala na to, to jest dla mnie szokujące – dodaje pani Sylwia.

Kontrole

Tymczasem sanepid twierdzi, że od czasu otwarcia zakładu, czyli od 3 lat, kontroluje go kilka razy rocznie. W wyniku przeprowadzonych kontroli prawie za każdym razem są nakładane kary. Rok temu zakład zamknięto na dwa tygodnie w związku z wykryciem niebezpiecznej bakterii. W tym roku takich kontroli było już pięć. Zakończyły się one nałożeniem mandatów na łączną kwotę 3 tys. zł.

- Stwierdzamy nieprawidłowości, nie są one tak rażące i zagrażające zdrowiu i życiu, by zakład unieruchamiać. Natomiast nakładamy mandaty, decyzje administracyjne… taka jest kolej rzeczy – tłumaczy Ewa Banasik, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Wejherowie.

- Sanepid wchodził na kuchnię, robił kółko i znikał – przekonuje jeden z byłych pracowników.

- Sanepid widział brudne kontenery, w których przetrzymuje się żywność i nic z tym nie zrobili – wskazuje inny były pracownik. I dodaje: - Sanepid zawsze się zapowiadał. Nawet jeżeli tego samego dnia rano, ale zapowiadał. Wtedy następowała akcja czepki, fartuchy, gdzie to nie było tam pilnowane.

- Nie możemy siedzieć tam na miejscu i pilnować. Możemy skontrolować, ukarać, zalecić. I przyjść na kontrolę i sprawdzić. I to właśnie robimy – twierdzi dyrektor Banasik.

Oświadczenie

Właściciele firmy początkowo odmawiali wystąpienia przed kamerą, twierdząc, że firma jest ofiarą ataku konkurencji i hejterów, a także obawiali się, jak to napisano, „potencjalnego hejtu wobec rodzin”.

W przesłanym nam przez pełnomocnika właściciela oświadczeniu mowa jest o tym, że w wielu przypadkach osoby, które otrzymały zwrot pieniędzy nie w tym czasie, na który liczyły, nakręcają machinę hejtu w internecie. Wszystkie takie przypadki są monitorowane i spotkają się z reakcją w postaci stosownych kroków prawnych.

Wizyta

Po kilku dniach właściciele firmy zmienili jednak zdanie i zgodzili się na wizytę dziennikarzy Uwagi! w ich zakładzie. W międzyczasie skontaktowała się z nami jedna z pracownic tego zakładu.

- Zaczęli po prostu przygotowywać się na państwa wizytę. Więc zaczęło się kupowanie sprzętu do sprzątania, kompresorów, żeby wydmuchiwać na podłodze, między szczebelkami brudy, kupili ubrania robocze dla ludzi, sprzęt, którego nie było. Kuchnia została odmalowana. I pakowalnia części, gdzie były miejsca zabrudzone. Polaków wysłali do domu, zostali tylko wybrańcy z Ukrainy. Poinformowano ich, że przyjedzie spanepid z Warszawy – usłyszeliśmy.

Zdaniem kobiety polscy pracownicy zakładu „zniknęli”, dlatego, żeby w trakcie naszej wizyty nie można było z nimi porozmawiać.

Pracownicy mówią, że przez kilka dni gorączkowo sprzątano zakład, dlatego, gdy przyjechaliśmy, we wszystkich chłodniach panował porządek.

Piotr Grigorjew, dyrektor operacyjny firmy produkującej catering, ocenił, że zdjęcia, które pokazujemy, w rzeczywistości pochodzą z chłodni resztkowej.

Inaczej o sprawie mówi jeden z pracowników.

- W zeszłym tygodniu, jak sprzątali chłodnie, to tam było jedzenie sprzed dwóch tygodni, w bemarach się odnalazło, pod stertami innych. Wczoraj przyjechało świeże jedzenie. Czyli zostało wszystko wyrzucone i chłodnie zostały oczyszczone.

Dyrektor zakładu produkującego posiłki zdecydowanie odrzuca wszystkie oskarżenia, twierdzi, że to próba skompromitowania firmy.

- Przy takiej skali produkcji, zrobienie takich zdjęć przez kogoś, komu zależy na zdyskredytowaniu zakładu, nie jest żadnym problemem – przekonuje Piotr Grigorjew. I dodaje: - Docierają do mnie informacje o materiałach, które ktoś zbierał z pracowników, aby nas zdyskredytować. Być może panem ktoś manipuluje pokazując takie zdjęcia.

- Takie obrazki są łatwe do sfotografowania, jeżeli komuś zależy na tym, aby pokazać nieporządek – zaznacza Grigorjew.

Jakość posiłków

Nieterminowe dostawy i złe warunki higieniczne to nie jedyne zarzuty pod adresem tej firmy. Wiele osób skarży się także na jakość posiłków. Mimo iż reklamowane są one jako "dietetyczne dania”, zdaniem wielu osób, które je dostają, wcale takie nie są.

- Sałatka, którą jadłam, opływała majonezem. Tam są żółte sery, colesławy, parówki – wymienia pani Anna.

Firma produkująca potrawy deklaruje, że jej menu powstaje w konsultacji ze znanym restauratorem. Okazuje się jednak, że pozostaje to bez wpływu na jakość posiłków, wielokrotnie nie zgodną z oczekiwaniami klientów.

- To przykład cateringu chyba najgorszego, jaki widziałam. Dla mnie to jest wręcz jakieś przestępstwo – mówi dr Hanna Stolińska.

- W strogonowie pływają wielkie kawałki tłustego boczku – pokazuje w nagraniu jedna z osób.

- To jest opinia jednej pani. Jeżeli według tej pani nasze potrawy nie spełniają standardów, to nikt nie zmusza do ich spożywania – stwierdza Grigorjew.

- My sobie dzisiaj rozmawiamy, a firma cały czas działa i zbiera nowych klientów, na przykład wczoraj i dzisiaj dostałam kilka SMS-ów z promocją na minus 50 proc. Dlatego też zdecydowałam się, żeby napisać do prokuratury. Skoro to jest sprawa, która ma znamiona oszustwa internetowego i od tego w Polsce i w każdym innym państwie jest prokuratura, żeby się czymś takim zająć – kwituje pani Sylwia.

Dodaj komentarz