13-letni Paweł w niemowlęctwie miał wszczepioną do głowy zastawkę. W uproszczeniu to rurka, która odprowadza płyn mózgowo-rdzeniowy. Zastawka w żaden sposób nie wpływała na rozwój dziecka. Chłopiec pod kontrolą lekarzy normalnie dorastał. Był świetnym uczniem, miał wzorowe zachowanie, uprawiał sport.

„Dziecko symuluje”

Lekarz, który przed laty wszczepiał Pawłowi zastawkę poinformował rodzinę, że dren z wiekiem zacznie się naprężać i kiedyś wyskoczy.

- I zaczną się takie objawy jak wymioty, bóle głowy to trzeba natychmiast wezwać karetkę – opowiada Marcin Rek, tata Pawła.

Takie objawy pojawiły się w połowie czerwca, gdy chłopiec wracał z wycieczki szkolnej.

Wtedy rozpoczął się koszmar. Wychowawczyni odesłała Pawła do domu z kolegą, nie powiadamiając rodziców. Pogotowie przyjechało do chłopca dwukrotnie. Za pierwszym razem lekarz miał kompletnie zlekceważyć słowa matki o możliwym zerwaniu zastawki. Za drugim razem wpisał w kartę pacjenta, że dziecko symuluje, udaje nieprzytomne. Paweł trafił do szpitala za późno i w ciężkim stanie.

- Lekarz mówił, że Paweł ma źrenice dobre i na pewno to nic takiego. Jak dziecko mogło udawać skoro do niego mówiłam, a on nic mi nie odpowiadał? – denerwuje się Lucyna Rek, mama Pawła.

Po dwóch miesiącach od tych wydarzeń, nie widać znaczącej poprawy stanu zdrowia dziecka. Kilka dni temu Paweł został przeniesiony na oddział rehabilitacji, gdzie spędzi wiele miesięcy. Wciąż nie ma z nim kontaktu, w niewielkim stopniu zaczął poruszać kończynami. Pierwsze próby przełykania skończyły się niepowodzeniem.

- Staramy się dużo do niego mówić. Patrzeć na reakcję oczu i ust. Stymuluje go logopeda, próbuje nawiązać kontakt. Było tak, że na polecenie dwa razy zamrugał oczami, ale to musi się powtórzyć parę razy, żeby było wiadomo, że on to robi świadomie, a nie przez przypadek - mówi Lucyna Rek.

Chłopiec, który jeszcze niedawno całkiem normalnie funkcjonował, jest w teraz stanie wymagającym opieki 24 godziny na dobę.

Kim jest lekarz?

Lekarz, który odmówił Pawłowi pomocy, twierdząc, że chłopiec symuluje, a jego mamę nazwał „panikarą”, nie chciał z nami rozmawiać. Pomimo kilku prób, nie udało nam się z nim skontaktować. Nie odpisał na nasz mail.

Wcześniej, jego przełożony, czyli dyrektor pogotowia przekonywał nas, że medyk ma duże doświadczenie. W rzeczywistości lekarz, który stwierdził, że umierający Paweł udaje nieprzytomnego, ma uprawnienia do wykonywania zawodu od 2012 roku.

Na początku tego roku wziął udział w nagraniu serialu dokumentalnego jednej z telewizji. Serial opowiada o młodych medykach, którzy rozpoczynają karierę. Jednak zwiastun odcinków z jego udziałem zniknął już z sieci.

Ojciec Pawła nie może się pogodzić, że medyk nie chciał zabrać jego syna do szpitala.

- Niektórzy lekarze podejmują takie decyzje jakby jeździli swoimi prywatnymi karetkami i za własne pieniądze kupowali paliwo – mówi Marcin Rek.

Lekarz nadal pełni swoje obowiązki

Rodzice Pawła nie otrzymali żadnych wyjaśnień od pogotowia. Dyrektor pogotowia w wysłanym do nas mailu informuje, że zebrał oświadczenia członków zespołu karetki i wysłał je do prokuratury. Napisał także, że lekarz, który odmówił Pawłowi pomocy, nadal pełni swoje obowiązki.

Prokuratura prowadzi dochodzenie w kierunku narażenia na utratę zdrowia lub życia.

- W tym wypadku dotyczy to w szczególności nieprawidłowej lub niefachowej pomocy medycznej, jakiej miała udzielić załoga karetki pogotowia, która to po przyjeździe na miejsce, zgodnie z relacją mamy i ojca zareagowała w sposób nieprawidłowy  – mówi Joanna Smorczewska z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Wycieczka szkolna

Przypomnijmy; gdy chłopiec poczuł się źle, był jeszcze na wycieczce szkolnej, a więc pod opieką wychowawczyni. Nauczycielka wiedziała o zastawce u chłopca, bo informacja ta była wpisana w dzienniku.

Jednak nauczycielka nie wezwała rodziców, nie zadzwoniła po pogotowie, poleciła koledze Pawła, Bartkowi, odprowadzić go do domu. Nawet, gdy otrzymała informację, że z chłopcem jest już bardzo źle, na miejsce wysłała kolejnego kolegę trzynastolatka, Kacpra, ponownie ignorując obowiązek powiadomienia rodziców i wezwania karetki.

Ponadto nie powiadomiła kuratorium o tych zdarzeniach, choć była do tego zobowiązana. Kuratorium dowiedziało się o całej sprawie w dniu emisji naszego poprzedniego materiału. Pięć tygodni po tragedii.

- Nauczyciel będąc opiekunem podczas wycieczki powinien postąpić zupełnie inaczej. Nie powinien wypuszczać ucznia w tym stanie do domu. Wszczęliśmy postępowania wyjaśniające w ramach odpowiedzialności dyscyplinarnej wynikającej z Karty Nauczyciela – mówi Jacek Szczotka z Kuratorium Oświaty w Katowicach.

C-eye

Jakie będą dalsze losy Pawła? Nikt nie jest w stanie tego powiedzieć. Pierwsze miesiące po takich urazach mózgu są kluczowe. Stan Pawła tylko w niewielkim stopniu poprawił się. Nie wiemy nawet, czy chłopiec jest do końca świadomy. By to sprawdzić, sprowadziliśmy C-Eye, czyli cyber oko - urządzenie, które śledzi ruch gałki ocznej i pozwala stwierdzić, czy badany ma kontakt z otoczeniem.

- Jest szansa. Im szybciej zaczniemy stymulować mózg, procesy poznawcze i próbować komunikować się to uzyskamy lepsze efekty – mówi Izabela Maksim, koordynatorka C-Eye.

Choć pierwsze próby z C-eye, nie przyniosły spektakularnych efektów, jest jeszcze szansa, że Paweł nauczy się z niego korzystać – byłoby to dla niego formą rehabilitacji i możliwością kontaktu. Rodzice chcą się starć o kupno takiego urządzenia.

Sprawą, prócz prokuratury i kuratorium, zajął się także rzecznik praw pacjenta i rzecznik praw dziecka. Będziemy jeszcze wracać do historii.

Dodaj komentarz