Pracownicy sieci handlowych podjęli dziś strajk włoski. Chcą lepszego traktowania przez pracodawców. – Jeśli nie zastrajkujemy, nikt się nie dowie, co dzieje się w stalowych puszkach hipermarketów – mówi Grażyna Wyczyńska, pracownica hipermarketu Real w Czeladzi.
Pracownicy sieci handlowych zdecydowali się na strajk włoski – pracują, wykonując swoje obowiązki w sposób drobiazgowy, np. wpisują kody z towarów ręcznie, a nie jak zazwyczaj za pomocą skanera. Prowadzi to do wydłużenia obsługi klientów. Zdecydowali się na protest, bo czują się dyskryminowani przez pracodawców. – Prezes zarządu powiedział, że jesteśmy, jak Azjaci – pracujemy za marne grosze i jeszcze się uśmiechamy – mówi Ewa Czech, kasjerka hipermarketu Real w Sosnowcu. – I miał rację. Ja zarabiam tysiąc złotych. Strajkujący chcą nie tylko podwyżek. Zdaniem Grażyny Wyczyńskiej, szefowej komisji zakładowej Solidarności w Realu w Czeladzi, najważniejsze jest to, by z pracownikami podpisywano umowy na czas nieokreślony i by przysługiwały im wynikające im z tego tytułu prawa. Grażyna Wyczyńska opowiada, że za swoją działalność w obronie praw pracowniczych była szykanowana - Na oczach klientów wyprowadził mnie ze sklepu ochroniarz – mówi Grażyna Wyczyńska. – Trafiłam na komendę w Będzinie, gdzie badali mnie alkomatem. Wyszło 0. Policjanci, jak się dowiedzieli, że jestem w związku, powiedzieli – no to nie dziwimy się, że dostaliśmy wezwanie. Grażyna Wyczyńska 13 lat pracowała jako kasjerka. Jako samotna matka wychowująca dzieci zarabiała zaledwie 600 złotych. Pięć lat temu ujawniła, że ona i inni pracownicy są zmuszani do pracy po godzinach, kobiety muszą prosić szefów o zgodę na wyjście nawet do toalety. Odkąd została związkowcem walczy o to, by jej koleżankom i kolegom przysługiwały prawa należne każdemu, kto uczciwie i ciężko pracuje.