- Mówiłem, że tam nie mieszkam, a oni na to: „Wysiadaj” – opowiada pan Władysław, którego karetka miała zawieźć ze szpitala do domu.

Moment porzucenia niedołężnego pacjenta na przypadkowej posesji zarejestrowała kamera monitoringu. Mimo że mężczyzna miał problemy z poruszaniem się, załoga karetki nie poinformowała nikogo o pozostawieniu pacjenta.

- Źle się czułem, było mi gorąco, chciało się pić. Powiedziałem, żeby zawieźli mnie 400 metrów dalej, do domu, a oni: „A w d…” – opowiada pan Władysław Kostrzewski.

Porzucony przez ratowników mężczyzna przez kilka godzin leżał w słońcu na betonowym podjeździe. Na szczęście pana Władysława odnalazł znajomy. Zaniepokojony zniknięciem mężczyzny ze szpitala, podjął poszukiwania.

- To przypadek, że go dostrzegłem, bo on leżał w głębi czyjegoś podwórka. Tylko dlatego go zobaczyłem, bo miał czerwoną koszulkę – mówi Bernard Baranowski.

- Tragicznie to wyglądało, był pozostawiony, a oni nawet nie popatrzyli do góry, do domu czy ktoś tam jest, czy go nie ma. Mieli jednak pecha, że na budynku była kamera. To było narażenie zdrowia i życia – uważa pan Bernard.

Mandat

Jak to możliwe, że załoga karetki w tak nieludzki sposób potraktowała pacjenta? Czy sanitariusze nadal pracują? Firma transportowa, która podpisała umowę z poznańskim szpitalem, jest zarejestrowana w Częstochowie.

- Zażądaliśmy od firmy wyjaśnień, dlaczego pacjent nie został dostarczony do miejsca, które wskazaliśmy. Otrzymaliśmy niezadowalające nas informacje, bardzo ogólne, z których wynikało, że zlecenie zostało prawidłowo wykonane, a ponieważ z uwagi, że nagrania dowodzą czegoś innego, zażądaliśmy ponownych wyjaśnień – mówi Konrad Napierała, rzecznik Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu.

- Jedna konsekwencja zgodnie z umową już została wyciągnięta. Firma została ukarana mandatem w wysokości 1 tys. zł. Dalsze wyjaśnienia mogą wpłynąć na inne decyzje, które może podjąć dyrekcja. Do tego jednak potrzebujemy i tych wyjaśnień, i trochę czasu – dodaje Napierała.

Pan Władysław

Pan Władysław do niedawna był osobą bezdomną. W przeszłości mężczyzna wraz z rodziną mieszkał w Gdyni. Przez wiele lat pracował w stoczni, gdzie remontował silniki okrętów wojskowych.

- Lubiłem swoją pracę. Naprawiałem kutry torpedowe i desantowe. Pracowałem na Darze Młodzieży – mówi mężczyzna.

- Zwiedził Amerykę, Grecję, ponoć też Skandynawię. Opłynął kawałek świata – wskazuje pan Bernard.

Kiedy małżeństwo rozpadło się, pan Władysław przyjechał do rodzinnego Poznania. Po śmierci rodziców stał się osobą bezdomną.

- Spał w altanie. Jak padał deszcz, wszystko przemakało. Przebywał w niej też zimą, bez ogrzewania – mówi pan Bernard. I dodaje: - Władek starał się zarobić jakieś pieniądze, wykonywał jakieś roboty i trochę trzymało go to przy życiu.

Dzięki wsparciu znajomych oraz darczyńców udało się zbudować dla niego niewielki domek na ogródkach działkowych.

- Wszystko, co jest w środku domu, dostał od ludzi. Toaleta, zlew, oświetlenie, wszystko tam do dziś działa. Kiedy było to budowane, on też pomagał – grabił, przycinał deski. Cieszył się, że będzie miał swoją chałupę i swoje łóżko. Jak zamieszkał w tym domu, to stał się innym człowiekiem, był bardzo zadowolony – wspomina pan Bernard.

Niestety, pan Władysław miał wypadek samochodowy.

- Władek szedł na osiedle i zdarzyło się tak, że go facet walnął na przejściu. Dlatego na prawym podudziu ma pięć śrub i blachę – tłumaczy pan Bernard.

Po wypadku pan Władysław podupadł na zdrowiu, ma problemy z poruszaniem się. Z powodu silnych bólów, trafił do szpitala, z którego po kilku dniach został wypisany do domu.

- Załoga karetki, w tym wypadku firmy, która z nami współpracuje, otrzymała precyzyjną informację, z konkretnym adresem, gdzie należy zawieźć pacjenta. I nie był to na pewno adres z posesją, gdzie trafił – podkreśla rzecznik Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu.

Tymczasem sanitariusze karetki, którzy odwozili pana Władysława do domu - nadal pracują. Po wielu próbach kontaktu właściciel firmy zdecydował się na rozmowę przed kamerą.

- Z tego, co mi wiadomo, pacjent bezpośrednio naszym pracownikom powiedział, żeby go tam pozostawić. Jest to słowo przeciwko słowu – tłumaczy Łukasz Ignacyk. I dodaje: - Na nagraniu nie widzimy, co się stało w trakcie transportu. Jest mi przykro i czekamy na rozwiązanie sytuacji, ale ciężko mi określić, co zaszło nie tak.

Sprawę, pod kątem narażenia na utratę zdrowia i życia, bada poznańska prokuratura.

- Niestety, nie po raz pierwszy spotykamy się z ludźmi, którzy osoby doświadczające bezdomności traktują inaczej niż innych pacjentów. Wśród osób, które pracują w karetkach pogotowia, jest pewien rodzaj znieczulicy – uważa Ada Porowska z Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

Dodaj komentarz