Pani Ewa od półtora roku nie ma własnego dachu nad głową.

- Z mieszkań wsparcia wypchnięto mnie. Powiedziano, że są dla chorych psychicznie. Potem dostałam się na zaplecze sklepu. Spałam na materacu. Po paru miesiącach stwierdziłam, że skoro nie ma centralnego ogrzewania, ciepłej wody to nie ma racji bytu – opowiada pani Ewa.

Sprawcą nieszczęść pani Ewy jest Marek N., samozwańczy ksiądz i nieformalny lider niszowego Kościoła Starokatolickiego w RP. N. przez piętnaście lat prowadził w różnych częściach Polski tzw. domy opieki.

Przejmował emerytury, sprzedawał mieszkania

Reporterzy Uwagi! TVN niemal od początku przyglądali się jego poczynaniom. N. podając się za księdza, pod pozorem troski o los starszych osób, przejmował ich emerytury, zasiłki i sprzedawał mieszkania.

Jedną z ofiar N. jest pani Ewa. Kobieta trafiła do domu opieki pseudoksiędza. Ale udało jej się skontaktować się z redakcją Uwagi. Interwencja naszego reportera pomogła kobiecie wydostać się z rąk N.

- Od jednego z pensjonariuszy kupiłam telefon. Dzwoniłam z ukrycia, Tak trzeba było, inaczej zabraliby mi telefon – mówi pani Ewa.

Wcześniej kobieta straciła 84-metrowe mieszkanie w centrum Gdyni.

- Mieszkanie zostało sprzedane przez Marka N. Uzyskane pieniądze, w części padły jego łupem. Skierowaliśmy akt oskarżenia w którym sformułowaliśmy zarzuty dotyczące bezprawnego pozbawienia wolności, przestępstw oszustwa i przywłaszczenia – wylicza Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej.

Kiedy pani Ewa zorientowała się kim naprawdę jest pan Marek N.?

- Już na początku. Wzięto mnie do łazienki, do kąpieli, wykręcono ręce, zabrano rzeczy, dokumenty. Telefon zabrano mi już w samochodzie. Byłam w szoku, człowiek cały czas był w szoku. Nie wiedziałam, co się dzieje – opowiada kobieta.

Dom Opieki w Zgierzu

Marek N. działał jednak dalej i wciąż bogacił się kosztem schorowanych, często samotnych osób. Miarka przebrała się ponad rok temu, gdy zarejestrowaliśmy warunki w jakich mieszkają jego podopieczni w kolejnym nielegalnym domu opieki. Placówka zlokalizowana była w Zgierzu pod Łodzią. W ciągu kilkunastu miesięcy zmarło w niej kilkadziesiąt osób.

- Tu jest wykańczalnia ludzi. Czekamy na to, co tam się będzie działo na górze – mówił starszy mężczyzna, pensjonariusz ośrodka.

Po naszym programie urzędnicy ewakuowali mieszkańców domu opieki, a prokuratura zajęła się wieloletnią działalnością Marka N. Pseudoksiądz trafił do aresztu.

- Toczy się śledztwo, którego zakres jest niezwykle szeroki. Połączyliśmy sprawy, które wcześniej były umorzone. Jesteśmy przekonani, że takie kompleksowe podejście, daje pełen obraz jego przestępczej działalności. Zaniedbania sanitarne, higieniczne, zdrowotne w odniesieniu do 33 osób dają podstawy do sformułowania zarzutów znęcania. Chcemy też wykazać, że pomiędzy warunkami, które tam były, a zgonem poszczególnych osób zachodzi związek przyczynowy – mówi prokurator Kopania.

Motywacja Marna N.

Gdy Marek N. zorientował się, że tym razem nie uniknie procesu, podczas przesłuchań umniejszał swoją rolę. Odpowiedzialnością za traktowanie podopiecznych, oszustwa i wyłudzenia obciążył dawnych współpracowników jednocześnie starając się wynegocjować dla siebie jak najniższą karę.

- Zastanawiam się dla kogo on to robił, po co? Czy on z tego naprawdę miał majątek? Z tego, co wiem, to nie – mówi pani Ewa.

Czy N. robił to dla władzy?

- Żeby zapraszać gości, częstować ich. On tym żył. Wiem komu wysyłał zaproszenia – mówi pani Ewa.

Na razie nie ujawniono na ile lat więzienia przystał Marek N. i czy ugoda obejmuje odszkodowanie dla oszukanych podopiecznych. Dla pani Ewy, która od ucieczki z domu pseudoksiędza nie ma własnego dachu nad głową, to jedyna szansa na powrót do normalnego życia.

- Ewa tuła się bezdomna, goszczę ją tylko w święta, dzwoni do mnie, bo nie ma z kim rozmawiać. Jest mi jej żal, jako człowieka – mówi Maria Szydłowska, przyjaciółka pani Ewy. I dodaje. – N. przeważnie żerował na samotnych ludziach, którzy nie umieli się obronić. Ludzie dawali też się nabrać, że to jest ksiądz, a ksiądz to dobry człowiek, nie oszuka. U księdza, jak u pana Boga za piecem.

- Jestem w schronisku. Człowiek nie jest w stanie przewidzieć, co się za chwile wydarzy – przyznaje pani Ewa.

Dobrowolne poddanie się karze nie zamyka sprawy odpowiedzialności Marka N. za krzywdy wyrządzone pensjonariuszom jego domów opieki. Kiedy prokuratura zakończy śledztwo w sprawie narażenia na pozbawienie życia mieszkańców domu opieki w Zgierzu pod Łodzią, Markowi N. w kolejnym procesie grozić będzie dziesięć lat więzienia.