Miało być bezpiecznie, spokojnie i z fachową opieką. Jeden z seniorów - pan Władysław - po kilku miesiącach pobytu w prywatnym domu opieki, zdecydował się przerwać milczenie i opowiedzieć, czego miał doświadczyć.

Przypominamy pierwszą część reportażu >>>>>>>

Kontrole od 2014 roku

Po tym jak usłyszeliśmy, co miało dziać się w tym prywatnym domu opieki, bezzwłocznie powiadomiliśmy Urząd Wojewódzki w Opolu, który nadzoruje takie placówki. Okazuje się, że urzędnicy doskonale znają to miejsce i jego właścicielki. Pierwszy raz nieprawidłowości wykryli już w 2014 roku.

- Kary były nakładane na matkę obecnej właścicielki, panią Iwonę, która wówczas prowadziła dom seniora bez pozwolenia, czyli nielegalnie. Po jakimś czasie weryfikowaliśmy, czy zaprzestała działalności. Okazało się, że nie i ponownie ją ukaraliśmy. W 2019 roku po raz kolejny sprawdziliśmy pozwolenie i po raz trzeci została nałożona kara – wylicza Krystian Goetz z urzędu wojewódzkiego.

Żadna z kar nałożonych przez urząd do dziś nie została opłacona. Łącznie nazbierało się ponad 100 tysięcy złotych. Urzędnicy bezradnie rozkładają ręce, bo choć to ten sam budynek, ci sami podopieczni, to dziś, ta działalność zarejestrowana jest na córkę poprzedniej właścicielki i dzięki temu działa już legalnie. 

Byli pracownicy nie mają wątpliwości, kto realnie sprawuje władzę w ośrodku.

- Córka jest tylko na papierze. A jest dalej tak, jak mamusia powie. Nie może być tak, że córka podważy decyzję mamy – mówi była pracownica domu opieki.

Czy urzędnicy są świadomi zarzutów dotyczących przemocy i nadużywania alkoholu przez prowadzącą ośrodek?

- Problem agresji i alkoholu jest bardzo trudny do weryfikacji podczas kontroli. Chyba, że ktoś nam dostarczy dowody potwierdzające, że coś takiego mogło mieć miejsce – mówi Krystian Goetz.

Nie doczekał sprawiedliwości

Pan Władysław spędził w domu opieki siedem miesięcy. Mimo ogromnego wstydu, zdecydował się opowiedzieć, co go spotkało, bo chciał, aby ktoś zainteresował się losem pozostałych podopiecznych. Niestety nie doczekał tego momentu. Kilkanaście dni temu zmarł.

Okazuje się, że bez wiedzy dzieci, w ośrodku podawano mu leki psychotropowe.

- Nie wiem, kto mu je przepisał i dlaczego. Okazuje się, że przyjmował te leki regularnie, co wieczór – mówi Mariusz Stencel, syn mężczyzny.

- Ona leczy ludzi sama. Nie leczy, tylko faszeruje ich lekami. Ona mówi: „Z doktorem W. rozmawiałam”, ale sama to podaje. Ona tylko tak mówi, że rozmawiała. Nie jestem pielęgniarką, ale widać, co później dzieje się z ludźmi. Po miesiącu tych leków, chodzący człowiek leży już wykręcony – mówi była pracownica ośrodka.

To, co spotkało pana Władysława, chcieliśmy skonfrontować z właścicielką domu, jednak ta odmówiła spotkania przed kamerą. Teraz sprawą zajmie się prokuratura. Dzieci pana Władysława mają nadzieję, że śledczy wyjaśnią wszystkie kwestie związane z pobytem ojca w prywatnej placówce, czy nie doszło tam do narażenia go na utratę zdrowia.

- Wydaje mi się, że zarówno tato, jak i pozostałe osoby, które tam przebywają, były zastraszane – uważa pan Mariusz, syn pana Władysława.

Kontrola urzędników trwa nadal, jak nieoficjalnie się dowiedzieliśmy, wykryto wiele nieprawidłowości, na oficjalny raport musimy jednak jeszcze poczekać.

- Czuję żal. Mogliśmy wcześniej przenieść tatę. Teraz można pomóc tylko tym, którzy tam zostali – przyznaje Beata Bider, córka pana Władysława.

Dodaj komentarz