- Zapasów drewna mam na dwa lata. Mam swoje ziemniaki, ogórki i różne przetwory. Mam trochę mąki. Będę robił kluski i będę jadł – mówi ze spokojem Ryszard Komar.

Po chwili zabiera nas do zagajnika brzozowego.

- Wkładam w drzewo rurkę z butelką i po dwóch godzinach mam dwa litry wody brzozowej. Jest dobra na odporność – zachwala.

Pan Ryszard ma 79 lat, mieszka samotnie we wsi Daniłowo niedaleko Łap.

- Żyję normalnie, ale widzę po ludziach zachłanność, wykupowanie wszystkiego na pięć lat. Córka mieszka w Białymstoku, nie chciała wczoraj do mnie przyjechać, żeby mnie nie zarazić.

Czas bezsilności

Pan Bronisław ma 68 lat. Mieszka w Kruszynianach tuż przy granicy z Białorusią. To wieś, która zwykle tętni życiem, nie tylko za sprawą mieszkańców, ale i gości, którzy przyjeżdżają na wypoczynek. Dziś jest pusto. Większość nie wychodzi poza swoje posesje.

- Jest trochę ograniczeń, ale nie robimy z tego problemu – mówi Bronisław Talkowski.

- Nigdy bym nie przypuszczał, że wejdziemy w taki okres, że czuje się bezsilność. Cały świat tak czuję. Wszyscy jesteśmy w lekkim strachu. Świadomość jest różna. Z jednej strony ludzie nie rozumieją tego, a z drugiej strony, mamy paniczną bojaźń. Każdy patrzy jeden na drugiego – przyznaje.

Dyspensa

Pan Ryszard jest osobą wierzącą, ale w niedzielę pozostał w domu i nie poszedł na mszę świętą do kościoła. Niektórzy, mimo dyspensy, udali się do świątyń.

- Nie mam gorączki, nie mam kaszlu. Nie mam kataru. Nie mam objawów, to idę do kościoła, tak jak należy. Wszędzie można się zarazić – mówił mężczyzna wchodząc do kościoła.

- Na tej mszy świętej byłoby około 800 osób, teraz mamy dopiero 30 osób, a za chwilę się zaczyna. Niektórzy chcą być w świątyni w tym czasie. Pamiętamy z historii, że to przy kościele ludzie się gromadzili w trudnych chwilach – mówi ks. Krzysztof Jurczak, proboszcza parafii Świętego Krzyża w Łapach.

„Ile sądzone, to nieuniknione”

Jedynym miejscem na wsi, w którym ludzie wymieniają informacje, są wiejskie sklepy.

- Przestrzegamy higieny, mamy dezynfekcję. Przecieram blaty, klamki, zakładam rękawiczki. A co ludzie mówią? Każdy się boi, przeżywa, że to może jego dotyczyć. Ale nie ma paniki na wsi – zapewnia sklepowa.

- Nie boję się koronawirusa. Czego tu się bać? Moja babcia mówiła: „Ile sądzone, to nieuniknione”. Jestem przygotowany, czy zejdę z tego świata dzisiaj, za dwa lata, czy za pięć. To dla mnie niewielka różnica. Oczywiście, że chcę żyć, każdy chciałby. Ale swoje człowiek przeżył. Prawie 21 lat temu pochowałem żonę – mówi pan Ryszard.

- Moje myślenie jest życzeniowe, mam przekonanie, że ta grypa będzie, taka jak zwykła. Zniknie. Ale największa obawa jest taka, że świat nie ma na to jeszcze lekarstwa czy szczepionki, która zabezpieczałaby ludzi – dodaje pan Bronisław.