Ośmioletnia Kasia i jej rodzina mieli się wprowadzić do nowego domu cztery lata temu. Rodzice dziewczynki, od spółdzielni mieszkaniowej Ujeścisko kupili szeregowiec, na którego zakup zaciągnęli kredyt. Będą go spłacać przez kolejne 20 lat.

- Mam do tego domu klucze i tylko klucze. Tak naprawdę dom jest spółdzielni i nie mam do niego praw. To 4 lata czekania, wydane 560 tys. zł, praca sześć dni w tygodniu, żeby podołać tym wszystkim obciążeniom. I do tego dzieci czekające na swoje pokoje – ubolewa Anna Pawłowska.

Rodzina żyje w strachu i poczuciu straty. Przez lata nie mogli uzyskać od spółdzielni aktu własności.

- Dzieci codziennie pytają, kiedy mamo będę miał swój dom. Nie rozumieją tego, że rodzice coś kupili, a oni dalej nie mają swojego kąta – mówi Pawłowska.

400 rodzin czeka na domy i mieszkania

Teren spółdzielni Ujeścisko to kilkadziesiąt bloków i domków szeregowych w południowej części Gdańska. Miejsce owiane jest złą sławą ze względu na siedem niedokończonych inwestycji, które już dawno powinny być oddane do użytku. Opóźnienia sięgają nawet 4 lat. Na swoje mieszkania i domy czeka ponad czterysta rodzin, każda przeżywa dramat z powodu utopionych oszczędności życia.

Mieszkańcy za sytuację, w której się znaleźli obarczają winią dwóch byłych prezesów, którzy na zmianę rządzili spółdzielnią.

- Dwa i pół roku temu mieliśmy otrzymać kupione przez nas mieszkanie. Do dzisiaj go nie mamy, a zainwestowaliśmy pieniądze całego życia – mówi Tomasz Kiełb.

Stracone marzenia

Maż pani Elżbiety chorował na nowotwór. Choroba zaatakowała go w 2017 roku, dokładnie wtedy, kiedy mieli przeprowadzić się do nowego mieszkania. Zapłacili 186 tysięcy złotych, czyli całe swoje oszczędności.

- Mieszkamy na czwartym piętrze i ze względu na chorobę męża chciałam, żeby to było niżej. Mąż ostatnio nie mógł wchodzić po schodach. Miał 49 chemii, organizm był tak osłabiony, że on właściwie zaciskał zęby jak wchodził – mówi Elżbieta Wulkiewicz.

- Chciał, chociaż pół roku tam pomieszkać. Walczył i miał nadzieję, że się doczeka, ale nie doczekał – dodaje pani Elżbieta.

Robotnicy zeszli z budowy

Były zarząd spółdzielni przez lata zwodził nabywców, obiecując, że lada chwila przekaże im mieszkania. Winę za opóźnienia zrzucał na wykonawców robót.

Pod koniec ubiegłego roku robotnicy całkowicie zeszli z placu budowy, pozostawiając budynki bez zabezpieczenia.

- To wygląda jakby przez dom przeszedł jakiś armagedon. Wykonane są tynki, ale wszystkie są przemoczone i do skucia. Mamy grzyba. Na klatce schodowej odpadają tynki – wylicza Łukasz Wojtczak.

Mieszkańcy czują się nie tylko oszukani, ale i okradzeni, spółdzielnia przed kilkoma miesiącami, zażądała od przyszłych właścicieli domków dopłaty 90 tysięcy złotych, pod groźba zerwania umowy.

- Był to rodzaj szantażu i wymuszenia. Jak przyszłam na budowę, to ilość usterek i stan techniczny nie pozwalał tego odebrać – podkreśla Anna Pawłowska.

- Od władz spółdzielni słyszeliśmy kłamstwa. Mówili, że wszystko jest w porządku, że skończą za pół roku, tylko mamy nie robić szumu medialnego i wpłacać 90 tys. zł. To wszystko było zorganizowane w ten sposób, żeby było jak najciszej i żebyśmy potulnie wpłacali prezesowi kolejne pieniądze na uzupełnienie wkładu. Trzeba powiedzieć, wprost, że te pieniądze były od nas wyprowadzane. Konta inwestycyjne są puste, brakuje, co najmniej 30 mln zł – mówi Wojtczak.

O tragicznej sytuacji spółdzielni mieszkańcy dowiedzieli pod koniec ubiegłego roku, gdy jej konto zajął komornik. Okazało się, że były zarząd nie płacił wykonawcom robót, dostawcom ciepła, wody czy prądu. Dług spółdzielni wynosi ponad 30 mln złotych i wciąż rośnie, bo zgłaszają się kolejni wierzyciele.

Co stało się z pieniędzmi wpłaconymi przez mieszkańców? Próbowaliśmy zapytać o to wieloletniego prezesa spółdzielni. Ten nie odbierał telefonu, nie odpowiadał na wiadomości.

Mężczyznę spotykaliśmy przed jednym z ośrodków sportu w Gdańsku. Nie chciał rozmawiać.

„Nazywaliśmy to drugim Amber Gold”

Mieszkańcy przez 13 lat próbowali odwołać prezesa i powiązane z nim osoby. W sądach toczyło się kilkadziesiąt postępowań. Dopiero rok temu, gdy były prezes został skazany prawomocnym wyrokiem za znieważenie policjanta, udało się go odwołać. Po zmianie zarządu, w siedzibie spółdzielni mieszkańcy znaleźli podsłuchy i jak twierdzą, dowody, że były prezes zbudował piramidę finansową.

- Zaczynał jedną inwestycje, nie kończył jej i zaczynał następną. Te pieniądze, w jakiś sposób trafiały, żeby kontynuować pierwszą inwestycję, potem zaczynał następną inwestycję. Tak doszliśmy do kilku inwestycji, które zostały rozpoczęte i nieskończone – mówi Cezary Pawłowicz, prezes spółdzielni Ujeścisko w Gdańsku.

- Zgodnie z ustawą o spółdzielniach i prawie spółdzielczym, nie miał takiego prawa. On już praktycznie czuł się tak bezkarny, że uważał, że nikt nie jest w stanie mu cokolwiek zrobić – zaznacza Pawłowicz.

- Nazywaliśmy to drugim Amber Gold. Charakter prowadzenia inwestycji miał znamiona typowej piramidy finansowej. Prezes nigdy nie chciał dokończyć tej inwestycji – uważa Wojtczak.

Bez zarzutów

Mieszkania były sprzedawane po atrakcyjnych cenach, niższych niż w okolicy. Czy chodziło o to by zwabić nabywców? Od półtora roku próbuje wyjaśnić to prokuratura. Były prezes do tej pory nie usłyszał żadnych zarzutów. Ustaliliśmy, że dopiero po roku od wszczęcia postępowania, śledczy zabezpieczyli dokumentację spółdzielni.

- Postępowanie jest wielowątkowe i materia jest skomplikowana – mówi Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

W przeszłości mieszkańcy wielokrotnie zawiadamiali prokuraturę w sprawie podejrzanych, ich zdaniem, działań byłego prezesa. Zarzucali mu wyprowadzanie majątku do powiązanych z nim spółek, czy granie pieniędzmi spółdzielni na obcych rynkach walutowych.

Ile w prokuraturze toczyło się wcześniej postępowań dotyczących tej spółdzielni?

- Około 40 – mówi Wawryniuk.

Ile zakończyło się aktem oskarżenia?

- Nie mam takiej wiedzy – przyznaje Wawryniuk.

Śledczy na nowo przyjrzą się 16 umorzonym postępowaniom. Czy tym razem dopatrzą się nieprawidłowości, które mieszkańcy sygnalizują od lat?

Były prezes i ludzie z jego otoczenia nie zamierzają oddawać władzy w spółdzielni i zapowiadają walkę, tym razem w sądzie.

- Ta spółdzielnia jest tak cenna, bo posiada grunty inwestycyjne, na których może realizować inwestycje mieszkaniowe. To jest warte około 100 mln zł. To są same grunty, a na tych gruntach można wybudować inwestycje, które są warte, co najmniej 200-300 mln zł. Tu chodzi o kasę – zdradza Wojtczak.

Właściciele kilkudziesięciu domków jednorodzinnych postanowili dokończyć budowę z własnych środków. Dla każdej z rodzin oznacza to wydatek kolejnych 200 tysięcy złotych. Nabywcy mieszkań w budynkach wielorodzinnych nie mają takiej możliwości.

Dodaj komentarz