Dwóch braci 6- i 7-latek zostało dotkliwie pobitych przez pijanego ojca.

- Okazało się, że mamy do czynienia ze złamaniem uda z dużym przemieszczeniem. W przypadku drugiego chłopca było to złamanie łokcia. Początkowo matka mówiła, że stało się to wskutek przewrócenia się, zabawy. Ale, żeby złamać udo trzeba użyć siły kilkuset kilogramów – mówi Krzysztof Szczepański, zastępca dyrektora szpitala we Włocławku i dodaje, że personel pytał starszego z chłopców, jak faktycznie doszło do złamania. - Powiedział, że to nie była zabawa, tylko urazy spowodował ojciec. Powiedział, że rzucił go o ścianę.

Czworo rodzeństwa braci też trafiło do szpitala.

- Dzieci są komunikatywne. Od razu mówiły że nie chcą, żeby ojciec do nich przychodził. Myślę, że przemoc istniała w tym domu od jakiegoś czasu. Straszne, że nie reaguje otoczenie – mówi dr n. med. Irena Nowakowska, ordynator oddziału dziecięcego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku.

Ojciec alkoholik

Rodzina z sześciorgiem dzieci z których najstarsze miało 8 lat mieszka w jednej z kamienic we Włocławku. Rodzice mieli ograniczoną władzę rodzicielską. 32-letni ojciec nie pracował, był alkoholikiem, matka od miesiąca pracuje w sklepie. Wspólnie z nimi mieszkał też 18-letni syn kobiety z poprzedniego związku.

- Wiemy tylko, że dzieciom stała się krzywda. Nigdy nie było widać, żeby coś się działo. Nie wiem, co mu odbiło. Bić dzieci? – mówi jeden z sąsiadów

- Dla mnie to był szok. To chyba się działo w zaciszu domowym – dodaje jego żona.

Lekarze wskazują, że dzieci od dłuższego czasu były świadkami przemocy.

- Chłopiec mówi, że występowało to wielokrotnie. Że jak ojciec zabierał się za awantury to oni uciekali do drugiego pokoju – mówi dr n. med. Irena Nowakowska.

32-latek podczas zatrzymania miał 2,5 promila alkoholu. Mężczyzna po przesłuchaniu przyznał się, że od dawna znęcał się nad żoną i dziećmi. Grozi mu do 10 lat więzienia.

- Prokurator wskazał w zarzucie, że podejrzany naruszał nietykalność cielesną dzieci, znieważał je, małżonce kazał jeść z podłogi. Prokurator przyjął, że było to znęcanie ze szczególnym okrucieństwem – mówi Arkadiusz Arkuszewski z Prokuratury Rejonowej we Włocławku.

"Byłam zastraszana"

Udało nam się porozmawiać z matką dzieci.

- To nie jest tak, że tu się działy nie wiadomo jakie rzeczy. Było stwierdzenie, że tu cały czas było bicie i tym podobne. Ale przemoc była bardziej w stosunku do mnie niż do dzieciaków. Od niego słyszałam, że jestem najgorsza, że nadaję się tylko na trasę. Słyszałam, ze jestem k…, szmatą itd.

Kobieta opowiada też o zdarzeniu o którym mówił prokurator Arkuszewski.

- [Mąż – red. ] zrzucił obiad na podłogę i kazał jeść mi z podłogi. Widziały to dzieciaki. Był jeszcze nasz znajomy. Zostałam uderzona po tej sytuacji, leciała mi krew. Jak zgłosiłam to, i pojawiła się procedura niebieskiej karty  miałam jeszcze gorzej. Powiedział, że jestem konfidentem.

Matka twierdzi, że nie mogła przerwać łańcucha przemocy.

- Wszyscy przekonują, że to jest proste, ale on mnie zastraszał. Mówił, że mnie zniszczy, zniszczy całą moją rodzinę. Że mnie zabije jak cokolwiek powiem. Jak była taka sytuacja, że chciałam cokolwiek zgłosić to zamknął drzwi i schował klucze.

Rodzina pod kontrolą?

Rodzina była doskonale znana pracownikom Ośrodka Pomocy Rodzinie we Włocławku, miała asystenta i kuratorów sądowych. Założone były niebieskie karty, po tym jak ponad rok temu w szkole zauważono u  jednego z dzieci ślady po pobiciu.

- Wyszło to na lekcji religii. Uczeń zgłosił siostrze, że został uderzony przez rodziców. Chłopiec miał ślad pod kolanem. Powiedział, że to po uderzeniu kablem od komputera. Na prośbę kuratora dzieci były obserwowane przez wuefistów, czy nie mają, żadnych siniaków – mówi Barbara Różańska, pedagog szkolny.

- Jak chodził tam kurator, nie widział żadnych śladów przemocy, rodzina wykluczała przemoc, sąsiedzi również. Teraz wiemy, co się wydarzyło, ale nie wiemy, co tam się naprawdę działo. Żadnych sygnałów nie było – przekonuje Dariusz Bracisiewicz, prezes Sądu Rejonowego we Włocławku.

- To nie jest tak, że ja nic nie robiłam, zgłaszałam w miejskim ośrodku, że jest problem. Zgłosiłam asystentce i nic – twierdzi matka.

Dlaczego nikt nie reagował i nie pomagał kobiecie?

- Nie mogę udzielić żadnej informacji, czy ten asystent był w środowisku, czy go nie było. Ta pani może czuć się osaczona i mówić różne rzeczy, żeby siebie wybronić – przekonuje Piotr Grudziński, dyrektor MOPR we Włocławku.

Lekarze uważają, że sprawa może być przestrogą.

- Społeczeństwu trzeba zwrócić uwagę, że te sytuacje wcale nie są rzadkie, że jeżeli widzimy, że dziecku jest źle to powinniśmy to zgłosić. Że organy, które przyjmują takie zgłoszenia powinny natychmiast reagować. To jest rodzina u której  zgłaszano już przemoc. Miała chyba dwóch kuratorów i mimo wszystko doszło do celowego złamania ręki, to jest niedopuszczalne - mówi dr n. med. Irena Nowakowska.

Podczas wizyty reportera okazało się, że dzieci nie wrócą już do domu. Sąd odebrał prawa rodzicielskie matce i zatrzymanemu ojcu.

- Dzieci były zaniedbane, chore, niedożywione, więc zdaniem sędziego po tym, co się tam wydarzyło trzeba było je odseparować od rodziców, żeby miały lepiej. Sędzia zdecydował, żeby umieścić je w rodzinie zastępczej, ewentualnie w rodzinnym domu dziecka – mówi Dariusz Bracisiewicz.

Czy matka ma sobie coś do zarzucenia?

- Może mogłam mieć więcej odwagi, żeby to szybciej załatwić. To, czyli rozstać się z mężem. Teraz będę się starać, żeby oddali mi dzieci.