Dwulatka pobita na śmierć

TVN UWAGA! 4274598
TVN UWAGA! 4274598

- Bałam się i wstydziłam, że facet mnie bije. Groził mi, że mnie sprzeda, że będę musiała sypiać z jego kolegami, by spłacić dług – tak o życiu z oprawcą opowiada Maria, matka pobitej na śmierć dwuletniej Julii z Piekar Śląskich. Zarzuty usłyszał konkubent kobiety.

Gdy dziecko umarło, zaczął grać na komputerze

- Stałam i patrzyłam jak ją reanimują. Po ponad godzinie lekarz mi powiedział, że już nie da się nic zrobić. A on usiadł z powrotem do komputera i grał, tak jakby nic się nie działo – opowiada Maria, matka dwuletniej Julii o tragedii, która wydarzyła się w jej domu i reakcji konkubenta.

O śmierci dziewczynki poinformował policjantów z Piekar Śląskich lekarz pogotowia ratunkowego. Śledczy w mieszkaniu zastali matkę Marię B. i jej pijanego konkubenta Łukasza Z. W domu była też druga, pięcioletnia dziewczynka, którą umieszczono tymczasowo w domu dziecka.

- Sekcja zwłok ujawniła, że dziewczynka miała złamaną kość czołową, kość nosa oraz powstał ostry krwiak podtwardówkowy. Na ciele dziecka znajdował się szereg otarć, sińców, zarówno o charakterze starszym, jak i o świeżym. Bezpośrednią przyczyną śmierci dziewczynki był uraz mózgowo – czaszkowy. Prokuratura ustaliła, że ten uraz powstał na skutek działania konkubenta matki – mówi Joanna Smorczewska, Prokuratura Okręgowa w Gliwicach.

Mężczyzna usłyszał zarzuty spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu Julii, co doprowadziło do jej śmierci oraz znęcania się nad swoją partnerką.

„Bił tak, żeby nie było widać”

32-letni Łukasz Z. był w przeszłości karany za rozbój, ale nigdy nie był w więzieniu. Teraz tymczasowo aresztowany na trzy miesiące nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Zaprzeczył, aby kiedykolwiek miał znęcać się nad dzieckiem czy konkubiną. Matka dziewczynki zdecydowała się opowiedzieć nam o tym, jak wyglądało jej życie.

- Nie mogłam mieć z nikim kontaktu, połamał mi kartę, żebym nie miała do nikogo numerów telefonów. Z własną siostrą z Niemiec nie mogłam mieć kontaktu. Powiedział, że to jest taka sama k…a jak ja. On sobie ubzdurał, że ja mam u niego dług ośmiu tysięcy. Powiedział, że jak mu nie spłacę tego w ciągu jednego dnia, to on będzie przyprowadzał tutaj swoich kolegów, z którymi będę musiała sypiać za pieniądze – opowiada kobieta.

Maria opowiada również o przemocy fizycznej, którą partner stosował wobec niej.

- On z normalnego siedzenia mógł wstać i mnie uderzyć. Śmiał się, a za chwilę wpadał w szał. Bił tak, żeby nie było śladów. Gdy mówiłam, żeby się stąd wyniósł, to dostawałam w pysk. On potrafił chwycić mnie do góry i rzucić o ziemię – opowiada. Twierdzi, że w jej obecności nigdy nie bił córek.

- Nigdy bym go nie podejrzewała, że na dziecko podnosi rękę. Wolałam siedzieć cicho, tak się go bałam. On twierdził, że nawet zna ludzi, którym może mnie sprzedać – mówi i dodaje, że konkubent na sińce i guzy córki miał wytłumaczenia.

- W czwartek, jak wracałam z banku i ze sklepu, to on ją trzymał za buzię, żeby nie płakała. Oderwałam mu rękę i wyrzuciłam z pokoju. Zostawiłam ją w łóżeczku i poszłam po Wiktorię do przedszkola. Wtedy musiał jej zrobić te siniaki na buzi. A guza miała w środę. Powiedział mi, że z nią chodził i się przewróciła. A ona nie dawała żadnych oznak, że ją coś boli. Nie płakała – opowiada matka dziewczynki. Nie wie, co się wydarzyło tego dnia w domu, gdy córka zmarła.

Trudne życie

24-latnia Maria pochodzi z wielodzietnej rodziny, w której była przemoc i alkohol. Nie zdobyła zawodu, skończyła tylko gimnazjum. Musiała szybko dorosnąć, kiedy w wieku 19 lat urodziła pierwszą córkę. Gdy w jej życiu pojawił się Łukasz, wszystko miało się poukładać. Myślała, że będzie żyć spokojniej. Parą byli od roku. Utrzymywali się głównie z zasiłku rodzinnego i wychowawczego, który dostawała kobieta. Mężczyzna dorabiał wyjeżdżając do pracy w Holandii. Nie był biologicznym ojcem Wiktorii i młodszej Julii. Na początku sprawiał wrażenie spokojnego i opiekuńczego. Zwłaszcza względem Julii, która miała problemy ze zdrowiem. Nie mówiła i nie chodziła samodzielnie.

- Neurolog stwierdził, że ona jest opóźniona w rozwoju. Pytali mnie, czy nie przeszkadzało mi to, że ona nie chodziła. Ale ja zostałam sama z chorą matką, która miała raka i miażdżycę. W dziewiątym miesiącu ciąży z Julią, nosiłam własną matkę na plecach do ubikacji. To czemu nie miałam własnego dziecka nosić. Też się nikomu nie skarżyłam, bo się bałam. Od dziecka jestem zamknięta w sobie i nikomu o niczym nie mówię. Jedyną osobą, której mówiłam zawsze o wszystkim był mój ojciec, który nie żyje od ośmiu lat. Mama się rozpiła, brat zaczął mnie bić – opowiada.

Nad kobietą miał znęcać się też biologiczny ojciec dziewczynek, który nigdy też nie interesował się wychowaniem córek. Sąd pozbawił go praw rodzicielskich, a Maria od 1,5 roku była pod opieką MOPSu. W codziennych obowiązkach miał pomagać jej przydzielony asystent rodziny.

„Było mi wstyd, że mnie bije”

- Od września, gdy się źle zaczęło dziać, to ja unikałam pani Kamili, bo się bałam o nią. Mówiłam jej, że w domu wszystko dobrze. Bałam się powiedzieć komukolwiek, co się dzieje. Było mi wstyd, że facet mnie bije – przyznaje Maria.

MOPS zgłosił policji próby zastraszanie i nachodzenia kobiety. Pani Maria jest teraz pod stałą opieką psychologa i psychiatry.

- Gdy pani Maria stwierdziła, że wycofuje się z asysty, podjęliśmy kroki w kierunku tzw. asysty sądowej, o której decyduje sąd. Myśmy objęli panią Marię monitoringiem bez jej wiedzy: kontakt z policja, sąsiadami – mówi Maciej Gazda, Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Piekarach Śląskich.

Prokuratura sprawdza czy Ośrodek Pomocy Społecznej właściwie sprawował opiekę nad rodziną Marii oraz czy jej bierna postawa nie przyczyniła się do śmierci dziecka. Druga córka kobiety, Wiktoria, do czasu zakończenia śledztwa przebywa w domu dziecka. To sąd rodzinny zdecyduje czy matka ją odzyska i jakie będą ich dalsze losy.

Niecały tydzień po aresztowaniu Łukasz Z. próbował popełnić samobójstwo. Teraz przebywa na oddziale psychiatrycznym szpitala w Zabrzu, gdzie będzie badany.

podziel się:

Pozostałe wiadomości