- Mamy nadzieję na sprawiedliwość – mówią kobiety, które toczą w sądzie batalię z jednostką wojskową. Ponad rok temu wybuchła afera z pomocą, jaką polskie wojsko wysłało na Ukrainę: okazało się wówczas, że w transporcie brakowało dużej części wyposażenia. Wojsko szybko wskazało winnych. Nie byli to jednak oficerowie i dowódcy z jednostki, która przygotowała transport. Karę miały ponieść pracownice wojskowych magazynów. Nakazano im zwrócić ponad 700 tysięcy złotych!
Pani Ewa i pani Elżbieta przez kilkanaście lat pracowały, jako magazynierki w wojskowej bazie logistycznej w Rembertowie. W sierpniu 2014 roku prezydent Ukrainy poprosił o pomoc dla żołnierzy walczących w Donbasie z oddziałami prorosyjskich separatystów. Polska zaoferowała koce, materace i śpiwory z własnych magazynów. Transporty błyskawicznie wyruszyły do Lwowa. Ale po otwarciu ciężarówek okazało się, że części żołnierskiego wyposażenia brakuje. Wybucha afera. Śledztwo wszczęła prokuratura, a wojskowi żandarmi wkroczyli do bazy logistycznej, z której wyjechał transport. Okazało się, że brakujący sprzęt nigdy nie został załadowany do ciężarówek. Machinacje miały pomóc w ukryciu nieprawidłowości, do jakich dochodziło w magazynach. - Jeżeli się okaże, że ktoś ponosi za to winę i będzie z imienia i nazwiska sprecyzowany, to na pewno będą wyciągnięte konsekwencje – zapowiadał Janusz Walczak z biura prasowego MON.
Zaopatrzeniem armii zajmują się wojskowe służby logistyczne. Kupują wyposażenie w przetargach i przechowują je w czterech regionalnych bazach. W każdej z nich są dziesiątki tysięcy mundurów, racji żywnościowych i innych części ekwipunku żołnierskiego. Magazyny nadzorują oficerowie, ale wiele zadań wykonują cywile zatrudnieni przez wojsko. - Byłam od tego, żeby szykować i wydawać towar. Często nawet nie wiedziałam, dla kogo, dla jakiej jednostki jest ten towar, bo mnie to nie interesowało – opisuje swoją pracę była magazynierka Bazy Logistycznej w Warszawie, Elżbieta Kubacka. A była kierowniczka magazynu Bazy Logistycznej w Warszawie, Ewa Zalewska, podkreśla: – Pracownik cywilny w wojsku słucha swojego przełożonego. Taka jest zasada.
Dowództwo bazy w Rembertowie, z której wyjechał transport na Ukrainę szybko przystąpiło do działania. Już po dwóch tygodniach od wybuchu afery wydano decyzję, która miała zakończyć całą sprawę. Za winne zaniedbań uznano magazynierki i rozkazano im zwrócić ponad siedemset tysięcy złotych. Wojskowi prawnicy natychmiast skierowali do sądu pozew o zapłatę. – Dla mnie to jest sytuacja beznadziejna – komentowała Zalewska. - Oni przecież doskonale wiedzą, że my nie mamy, z czego zapłacić. Nie mamy żadnych zasobów. Gdybyśmy robiły takie przekręty, na taką skalę, to wtedy zasoby by były. A ja nie mam nic… - dodawała Kubacka.
Czy jednak to kobiety były winne nadużyć? Dotarliśmy do dokumentów, z których wyraźnie wynika, że duże braki w magazynie stwierdzano już wcześniej i dowódcy dobrze o nich wiedzieli. Było jasne, że w magazynach od lat łamano procedury. – Zdarzało się, że szef brał od nas jakiś towar bez asygnaty. Gdybyśmy się mogły kierownictwu przeciwstawić i nie wydawać, to być może tych braków by nie było. Ale człowiek nie mógł się przeciwstawić! Jak to w wojsku: kto jest nad tobą, ten jest panem i władcą – mówi Elżbieta Kubacka.
O tym, że w bazie logistycznej w Rembertowie dochodziło do dużych nieprawidłowości było wiadomo już dwa lata przed tym, jak wybuchła afera z transportem na Ukrainę. Już wtedy do jednostki weszły CBA i żandarmeria wojskowa. Szacunkowa skala nadużyć stwierdzonych później przez prokuraturę wyniosła 3 miliony złotych. Głównym podejrzanym okazał się były zwierzchnik magazynierek major Leszek G. - Najczęściej dzwonił i mówił: „Pani Ewo, proszę wydać tyle i tyle materacy czy koców”. Przyjeżdżali po to panowie, którzy mieli swoje sklepy jakieś takie z militariami. Tego nie sprzedawała Agencja Mienia Wojskowego. Sprzedawał kierownik – mówi nam Ewa Zalewska.
Major Leszek G. był szefem wydziału materiałowego w Bazie Logistycznej w Rembertowie. To kluczowe stanowisko w strukturze logistyki wojskowej. Pomimo zarzutów spokojnie odszedł na emeryturę i dostał około 100 tysięcy złotych odprawy. Wojsko nie skierowało przeciwko niemu żadnego pozwu o zapłatę za utracone mienie. Magazynierki natomiast, które były jego bezpośrednimi podwładnymi muszą zapłacić 700 tysięcy złotych. Leszek G. przez długi czas nie pojawiał się na konfrontacjach ze swoimi byłymi pracownicami. We wrześniu 2015 roku stawił się jednak w siedzibie CBA. - Napięcie było. Jak ludzie ze sobą rozmawiają, to patrzą sobie w oczy, a pan major głowę spuścił i mnie oczerniał. Jego stanowisko jest takie, że jest niewinny a my jesteśmy złodziejkami – relacjonowała nam Zalewska. – Że to my wszystko ukradłyśmy – dodawała Kubacka.
Reporterzy TVN czekali na majora Leszka G. pod siedzibą CBA. Major twierdził najpierw, że dziennikarze z kimś go pomylili. – Niech pan nie filmuje, jestem osobą prywatną – zwrócił się następnie do operatora. Dopytywany o sprawę i to, dlaczego obwinia magazynierkę, rzucił: - Skąd pan wie, że ona jest niewinna? Jest pan sędzią? Wreszcie stwierdził, że czuje się napastowany, kilkukrotnie powtórzył, że nie życzy sobie rozmowy, po czym… schronił się w siedzibie CBA.
Mimo, że trwające śledztwo dostarczyło już poważnych dowodów przeciwko majorowi Leszkowi G., magazynierki dostały nakaz pokrycia olbrzymich strat z własnego majątku. Dopiero, kiedy nagłośniliśmy ich historię, sprawy zaczęły przybierać inny obrót: po emisji reportażu do naszej redakcji zgłosili się adwokaci, którzy zaoferowali pomoc byłym już magazynierkom. Dzięki nim kobiety mogą liczyć na profesjonalną obronę w sądowej batalii z jednostką wojskową. - Zajęliśmy się tą sprawą z tego względu, że mało prawdopodobne jest, by trzy magazynierki na przestrzeni roku wyprowadziły z jednostki wojskowej akcesoriów za ponad 700 tys. zł i by działo się to bez zgody, wiedzy przełożonych – mówi Jacek Szymański, adwokat z Kancelarii Szymański–Wyjatek.
W trakcie pierwszego posiedzenia sędzia skierował zapytanie do prokuratury w sprawie prowadzonych śledztw dotyczących bazy logistycznej. To dla pozwanych kobiet bardzo ważna wiadomość. Oznacza, że sąd zapozna się z ustaleniami prokuratury w sprawie wcześniejszych nadużyć w jednostce. Kiedy przygotowywaliśmy nasz pierwszy reportaż wojsko odmówiło jakiegokolwiek komentarza, również nikt ze strony jednostki nie wziął udziału w programie na żywo, ale po emisji reportażu nastawienie wojskowych zaczęło się zmieniać. Dowódca jednostki zdecydował się odpowiedzieć na nasze szczegółowe pytania na piśmie. Nie odpowiada jednak na pytanie, czy dowódcy i oficerowie już od dawna wiedzieli o brakach w magazynach. Kilka tygodni po pierwszej rozprawie na rozmowę do bazy logistycznej w Rembertowie zostali zaproszeni adwokaci magazynierek. - Widocznie dowództwo przemyślało sprawę, skoro chcą z naszymi prawnikami rozmawiać. Pewnie chcą jakiejś ugody – domyślała się Zalewska.
Wojsko domaga się od kobiet ponad 700 tysięcy złotych, ale dowództwo jednostki zdaje sobie sprawę, że ustalenia prokuratury mogą podważyć ich wcześniejsze decyzje. Czy dowódca jednostki będzie chciał zaproponować polubowne rozwiązanie sporu? Spotkanie z prawnikami magazynierek trwało do późna. – Mam nadzieję na zawarcie ugody i, że jednostka cofnie się o krok – mówi mecenas Szymański.
Pomimo toczących się negocjacji ugody jeszcze nie zawarto. Kobietom wciąż grozi, że poniosą odpowiedzialność za nadużycia wyższych stopniem wojskowych.
Samo przebywanie w okolicy dawnej pracy, to dla pani Ewy i pani Elżbiety trauma. – Byłyśmy bardzo oddane tej pracy, a taką dostałyśmy zapłatę. To bardzo przykre, ale niestety taka jest rzeczywistość – mówi Ewa Zalewska.
Czy sprawa zostanie wyjaśniona, a sprawcy poniosą karę? Będziemy dalej przyglądać się tej sprawie.
Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem - czekamy na Wasze zgłoszenia. Wystarczy w mediach społecznościowych otagować swój wpis (z publicznymi ustawieniami) #tematdlauwagi. Monitorujemy sieć pod katem Waszych alertów.