Świetny głos, wspaniała prezencja, seksapil i wdzięk, niebanalny repertuar. Justyna Steczkowska była niedawno jedną z najjaśniej błyszczących gwiazd polskiej estrady. I jedną z najchętniej opisywanych w kolorowych magazynach. Od pewnego czasu mniej jej widać i słychać. I mniej jej w kolorowych magazynach.

Pochodzi z licznej i muzykalnej rodziny, ze Stalowej Woli. Od dzieciństwa podróżowała po Europie ze swoją muzykującą rodziną, koncertując i zarabiając tym na życie. Wybrała oczywiście szkolę muzyczną, ale choć sumiennie ćwiczyła gamy i pasaże, bardziej ciągnęło ją w kierunku rocka niż klasyki.

- Miała swoje dziwaczne ubiory – bransoletki ponad nadgarstek, mówiłam jej, żeby zdjęła, bo zagłuszają jej grę – wspomina Maria Gudel, nauczycielka fortepianu w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie. – Po kilku latach przyszła odwiedzić szkołę – na korytarzu zobaczyłam wygoloną dziewczynę z włosami na czubku głowy.

Jasne więc było, że studia na Akademii Muzycznej w Gdańsku też nie zaprowadzą ją do sal koncertowych. Jej kariera zaczęła się od „Szansy na sukces”, gdzie brawurowo zaśpiewała ”Boskie Buenos” Maanamu. Potem kariera potoczyła się błyskawicznie. Apogeum osiągnęła, kiedy za piosenki Steczkowskiej zabrał się nieżyjący już dziś Grzegorz Ciechowski. Wyprodukował dwie jej płyty – ”Dziewczynę szamana” i ”Nagą”, które bardzo szybko zyskały uznanie wśród krytyków.

- To były moje piosenki, które mogłyby brzmieć, jakby były nagrane w garażu – mówi Justyna Steczkowska. – Grzesiu oszlifował kamień, który stał się diamentem. ”Dziewczyna szamana”, choć ma już 12 lat, w ogóle się nie zestarzała.

Ale takiego sukcesu nie udało się już powtórzyć. Choć piosenkarka poszerzała swój repertuar, m.in. o piosenki żydowskie, choć spróbowała sił w filmie, gwiazda Justyny Steczkowskiej zaczęła blednąć.

- Trochę się pogubiła – mówi Wojciech Mann, dziennikarz muzyczny. – Miała świetny start, a potem zaczęły się dziwne rzeczy, wynikające z utraty jakiegoś kompasu wewnętrznego. Jej pozycję stabilizuje teraz kolejna sesja zdjęciowa, a nie sesja nagraniowa.

Jedna z takich sesji stała się skandalem. Kilka lat temu, kiedy coraz mniej mówiono o dokonaniach muzycznych Justyny Steczkowskiej, w Vivie ukazał się wywiad po śmierci jej ojca, połączony z sesją zdjęciową na cmentarzu. Zarzucano jej wówczas, że próbuje wykorzystać ten fakt, by znów o niej mówiono.

- Ciężko mi o tym mówić – mówiąc te słowa, artystka nie potrafi powstrzymać łez. – Padłam ofiarą manipulacji.

Jak wyjaśnia dziennikarka Karolina Korwin – Piotrowska, wystylizowane zdjęcia piosenkarki na cmentarzu zrobiono z zupełnie innej okazji. Wywiad o życiu po śmierci ojca połączono z tymi zdjęciami i w rezultacie, jak mówi Karolina Korwin – Piotrowska, ”nagrabiono” Steczkowskiej do końca życia.

Po wszystkich zawirowaniach Justyna Steczkowska ceni sobie dziś przede wszystkim stabilizację. Pomaga jej w tym macierzyństwo – z architektem Maciejem Myszkowskim ma dwóch synów - 7-letniego Leona i 2-letniego Stasia.

- Teraz już mi tak nie zależy, jak kiedyś – czy mam buty na odpowiednio wysokim obcasie, sukienkę dość obcisłą, specjalny makijaż – mówi Justyna Steczkowska. – Chcę, żeby ludzie kochali mnie za to, jak śpiewam, a nie za to, jaką jestem. Dobrze, że się w porę zorientowałam, bo zostałabym jedną ze znanych osób, tylko znanych nie wiadomo dlaczego.

Dodaj komentarz