Rodzina Dżamaldinich pragnęła życia w lepszym świecie. Chcieli opuścić Czeczenię i przenieść się do Szwecji. Ich marzenia legły jednak w gruzach. Przypomnijmy, że Kamisa wraz czworgiem dzieci nielegalnie przekraczała granice. Za podroż zapłacili 2 tys. 700 dolarów. Jednak w górach przewodnicy zostawili ją i dzieci bez opieki. W trakcie drogi przez Bieszczady straciła trzy córki.

Elina, Sieda i Hawa zostały pochowane w Czeczenii.

- U nas jest tak przyjęte, by zmarłych chować w domu – mówi Hampasha Dżamaldin.

Rodzice nie uczestniczyli w pogrzebie dziewczynek.

- Jeszcze w szpitalu pytałam, czy mogę pojechać, pochować i wrócić. Powiedzieli mi, że Polacy pozwalają, ale czy wrócę nie wiedzą. Moi bliscy powiedzieli, że nie mam tam po co wracać. Że mogę być spokojna, a oni wszystkim się zajmą. Zostały pochowane obok babci i dziadka – mówi Kamisa.

To, że córki zostały pochowane w Czeczenii, w pewnym sensie zapewniło Komisie i Hampashy spokój. Jednak uporanie się z psychicznymi następstwami tragedii potrwa jeszcze kilka miesięcy.

- Kamisa odłączyła czucie. Przeżywanie. Tak, jakby odłączyła serce. Gdyby miała kontakt z emocjami, mogłoby to ją zabić. To mogłoby być nie do wytrzymania. Pasza natomiast jest w depresji. Ma ogromne poczucie winy, za to, co się stało. Bardzo przeżywa to, że nie był razem z Kamisą i dziećmi w górach. Obwinia się za śmierć dzieci – tłumaczy Mirosława Majerowicz – Klaus, psychoterapeutka.

Kamisa i Hampasha od miesiąca mieszkają u pani Mirosławy. Kobieta dała im nie tylko dach nad głową, ale także pomaga zacząć nowe życie. Dżamaldinowie już wiedzą, że chcą zostać w Polsce.

- Jest nam tu bardzo dobrze. Jeśli Bóg dał Ci coś dobrego, to nie trzeba biegać i szukać lepszego.   – mówi Hampasha.

- Postanowiliśmy zostać w Polsce. Może się uda i dostaniemy mieszkanie i pracę. Od chwili, kiedy postawiłam stopę na polskiej ziemi, spotkałam tu wyłącznie dobrych ludzi – przyznaje Kamisa.

"Przepraszam, za chłód i głód"

Tragedia na granicy

Dodaj komentarz