Bagatelizowanie wypadku

- Stan Amelki określić mogę jako dość ciężki. Przechodzi teraz okropne bóle. To jest coś strasznego. Zmiany opatrunków to jest jakiś horror – opowiada Anna Stefańska, matka 10-letniej Amelii.

Amelia wyjechała na wycieczkę do parku rozrywki, którą zorganizowała szkoła z okazji Dnia Dziecka. Dla dziewczynki wyprawa zakończyła się wypadkiem zaraz po wejściu na teren parku.

- Szłam do tunelu. Było tam ciemno. Poszłam w bok. Była tam dziura i moja noga wpadła do tej dziury. I potem mi wyciągali tę nogę z tej klatki - opowiada Amelka.

Amelia weszła do „obłędnego tunelu". Jest to podest umieszczony wewnątrz obracającej się rury ze światłami. Osoba znajdująca się w tunelu ma wrażenie, że straciła grunt pod nogami i unosi się nad ziemią. Dziewczynka najprawdopodobniej straciła równowagę i jej noga wpadła za barierki, które nie były zabezpieczone.

- Na pogotowie zawiózł ją menadżer parku, obcy mężczyzna. Dziwi mnie to. Zanim jej tę nogę wyciągali, ktoś powinien wezwać karetkę – mówi Anna Stefańska, mama.

Mimo wielkiego cierpienia dziecka, przedstawiciel parku rozrywki bagatelizuje wypadek.

- 1 czerwca mieliśmy małe zdarzenie, dziewczynce obtarło troszkę nóżkę. Udzieliliśmy jej pierwszej pomocy. Był ratownik medyczny, który stwierdził, że nie ma potrzeby interwencji karetki. My jednak zawieźliśmy ją do szpitala. Szpital nie stwierdził żadnego urazu ani złamania. Reagujemy tak, jaka jest potrzeba - mówi Marcin Maj, manager Rodzinnego Parku Rozrywki „Nowa Holandia”.

Dopiero po wypadku na barierkach pojawiła się siatka zabezpieczająca.

Po wypadku powrót do parku

Po opatrzeniu ran w szpitalu pracownik obiektu odwiózł Amelię ponownie do parku rozrywki. Tam musiała przez kilka godzin czekać na powrót do domu ze swoją klasą. Jak mówią rodzice, wychowawczyni zapewniła ich, że nie muszą przyjeżdżać po córkę.

- Pierwszy telefon w sprawie zajścia odebrał mój mąż. Wychowawczyni powiedziała, że potrzebny jest jej jego pesel, bo Amelka miała mały, niegroźny wypadek. Nie było więcej telefonów, do przyjazdu, który był o godzinie 17:00 – opowiada mama Anna Stefańska.

Następnego dnia dziewczynka z wysoką gorączką trafiła do następnego szpitala, tam spędziła 11 dni. Lekarze cały czas podawali jej silne środki przeciwbólowe.

- Nauczyciele, gdyby wezwali karetkę, to nikt by do nich nie miał żadnych pretensji - mówi Anna Stefańska.

Tymczasem przepisy jasno mówią, co powinni zrobić opiekunowie wycieczki szkolnej. Po pierwsze zawiadomić rodziców i wezwać fachową pomoc medyczną.

- Skoro została odwieziona do szpitala, to uważam, że jest to udzielenie pomocy. Ani razu nie otrzymałam informacji, że zadziało się coś złego, coś groźnego. Teraz, gdy wiem, że sytuacja wygląda nieco inaczej, to zamierzam przeprowadzić postępowanie w tej sprawie. - mówi Teresa Wołkowicz-Maciorowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej W Bisztynku