Sławomir Napłoszek jest łucznikiem.

- Obecnie najlepszym. Nie jest tajemnicą, że przekroczył 50. rok życia. Jest rekordzistą Polski w łucznictwie, w odmianie olimpijskiej. Jest człowiekiem niezwykle upartym, a przy tym skromnym – mówi dziennikarz sportowy Paweł Ulbrych.

- Jego kariera na przestrzeni blisko 30 lat pełna jest wzlotów i upadków – dodaje Ulbrych.

Sukcesy

Sławomir Napłoszek zaczynał w 1983 roku.

- Trenowałem lekkoatletykę i miałem przygodę z koszykówką. Byłem w szkole sportowej. Na początku ósmej klasy doznałem kontuzji barku i nie za bardzo mogłem coś robić. Po pewnym czasie zacząłem przychodzić na salę, jak dzieciaki strzelały. I zacząłem strzelać z nimi. Pamiętam moje pierwsze zawody na Marymoncie, kiedy strzelaliśmy jeszcze na dziecięce odległości, to szału nie było, zahaczaliśmy każdy kolor tarczy. Od białego po żółty – opowiada Napłoszek.

Trzy lata po rozpoczęciu kariery Napłoszek został mistrzem Polski juniorów. Ciężka praca na treningach przynosiła coraz lepsze efekty – medal na mistrzostwach Europy, a potem to, co dla sportowca najważniejsze - udział w Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.

- To niesamowite jak wchodzi się na stadion, chyba każdemu nogi się uginają - wspomina Napłoszek. I dodaje: - To były wyjątkowe igrzyska. Dla każdego zawodnika, szczególnie takiego młodego, taki czas jest niezapomniany. Jak jechaliśmy autokarem z lotniska, to ludzie nam machali, byłem zszokowany, że coś takiego się dzieje. Że kibice stoją i patrzą na przejazd jakichś tam ekip.

Technika i odporność psychiczna

Łuk sportowy kosztuje w granicach 15 tys. zł, strzały 2,2-2,5 tys. zł za 12 sztuk.

- To jest trudny sport, nie tylko musimy nauczyć się techniki, ale musimy też mieć sporą odporność psychiczną. W łucznictwie jest tak, że jak nie zapanujesz nad mięśniami i działa coś wbrew, to od razu odbija się to na tarczy – mówi Napłoszek.

Sportowiec przez lata napotykał na różne problemy.

- Nie tylko natury sportowej. Nie da się ukryć, że w różnych okresach ówczesne kierownictwa Polskiego Związku Łuczniczego nie ułatwiały życia Sławomirowi Napłoszkowi, w opozycji do uzyskiwanych wyników – mówi Paweł Ulbrych.

Pierwszy raz Sławomir Napłoszek przekonał się o tym w 1996 roku przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atlancie. Był w świetnej formie, miał za sobą medale na Mistrzostwach Polski i Europy i wysokie miejsce w rankingu łuczniczym. Był pewny wyjazdu na kolejne igrzyska.

- Czekaliśmy na dziką kartę. Sławek był pierwszą osobą na liście, która powinna jechać – opowiada Edyta Napłoszek, żona sportowca. I dodaje: - Któregoś wieczoru osoba z mojego otoczenia, która wiedziała, że jesteśmy razem, zadzwoniła do mnie w środku nocy i powiedziała, że to miejsce zostało oddane komu innemu.

- Jak się później okazało, była to osoba związana z panem prezesem. I w ramach całego zamieszania, nie pojechaliśmy ani on, ani ja. Później była sytuacja, że straciłem trochę serca, bo poczułem się oszukany – przyznaje pan Sławomir.

- Najgorzej jest przegrać z układem, systemem. Zawodnik jak przegra sam, bo przegra z własnej winy, łatwiej jest mu przyjąć porażkę – tłumaczy żona sportowca.

Rezygnacja

Napłoszek, zniechęcony działaniami władz związku łuczniczego, zrezygnował z uprawiania sportu. Poświęcił się rodzinie i pracy na stanowisku informatyka w banku. Z łuku strzelał w wolnych chwilach, czasem zabierał sprzęt łuczniczy na wakacyjne wyjazdy. Jednak po kilku latach pasja wygrała i były olimpijczyk wrócił do strzelania.

- Uwielbiam wygrywać. To niesamowite uczycie, nawet jak się wygrywa małe zawody. Każde zwycięstwo daje kopa, a później jak się pojawiają większe sukcesy, to jest jeszcze fajniej – podkreśla Napłoszek.

- Szybko zaczął pobijać swoje rekordy życiowe. Pobił też kilka rekordów Polski przed pięćdziesiątką. Czasami wolałabym, żeby był spokój, a on mi przyjeżdża z rekordem albo medalem. Albo tak jak teraz, z kwalifikacją na igrzyska – mówi pani Edyta.

Zawody kwalifikacyjne do igrzysk rozegrano w Paryżu. To była ostatnia szansa dla polskich łuczników, by wywalczyć miejsce w ekipie jadącej do Tokio. W rywalizacji ze światową czołówką udało się to tylko Sylwii Zyzańskiej i właśnie Sławomirowi Napłoszkowi.

- To był wielki wybuch radości. On zszedł ze stanowiska i krzyknął: „Kurka wodna” – przywołuje Piotr Piątek, trener reprezentacji Polski w łucznictwie.

- To, że on wywalczył prawo do występów na igrzyskach olimpijskich, choć to nie będzie dla niego zbyt korzystne, że świadczy o poziomie polskiego łucznictwa. Przeszło pięćdziesięcioletni człowiek jest cały czas najlepszy. Nie wykształcono nikogo, kto byłby w stanie to zrobić – mówi Paweł Ulbrych.

„Jadę po medal”

Dla 52-letniego zawodnika udział w igrzyskach po blisko 30 latach przerwy jest ogromnym sukcesem. Tym bardziej, że gdy wracał do sportu, nie mógł liczyć na wsparcie finansowe związku łuczniczego, bo mało, kto wierzył, że wiekowy zawodnik cokolwiek jeszcze osiągnie.

- Inwestując jakieś środki w zawodników, musimy patrzeć perspektywicznie. Na to, co będzie na kolejnych igrzyskach i kolejnych. Jeżeli ktoś jest w wieku optymalnym, to trudno przewidzieć, że ktoś będzie tak wytrwały, tak zawzięty. I że utrzyma ten poziom w kolejnych latach. To się nie zdarza codziennie. Nie znam więcej takiego przypadku jak Sławek, gdzieś choćby w Europie, żeby ktoś w tym wieku jechał na igrzyska – mówi Jacek Maciaszek, szef wyszkolenia Polskiego Związku Łuczniczego.

Sławomir Napłoszek od początku kariery związany jest z klubem działającym na warszawskim Marymoncie. Na tamtejszym torze łuczniczym - razem z córką, medalistką Mistrzostw Polski - trenuje przed każdymi ważnymi zawodami.

- Trenuję z tatą codziennie, sześć razy w tygodniu – mówi Kamila Napłoszek. I dodaje: - Cenię w moim tacie, że na przekór wszystkim brnie w to, co kocha. Kocha ten sport, wykonuje to codziennie. Cokolwiek by się nie działo, ile nie miałby przeciwności losu, to nie poddawał się i szedł dalej na trening. Moim zdaniem jest to część życia, którą zaszczepił również we mnie i mojej siostrze.

- Na igrzyska jedzie się z myślą i perspektywami zdobycia jakiegoś medalu. Ale czy to będzie złoty i czy w ogóle będzie, to wszystko zależy od sytuacji, dnia, dyspozycji. Jadę po medal, bo postrzelać mogę sobie na Marymoncie – kwituje Sławomir Napłoszek.

Dodaj komentarz