W całym kraju trwa protest ratowników medycznych. Do udziału w nim przyłączają się medycy z kolejnych stacji pogotowia. Ratownicy biorą masowo wolne, albo jak w przypadku m.in. ratowników z Białegostoku, wypowiadają umowy.

- Przez wiele lat odbijaliśmy się od drzwi poszczególnych decydentów. W tej chwili nie protestujemy, po prostu wzięliśmy sprawy w swoje ręce i zaczęliśmy naprawiać ten system. Nie może być tak, że ratownik pracuje 300-400 godzin – zaznacza Paweł Zaworski.

- W tym miesiącu pracowałem 350 godzin, czyli zrobiłem podwójny etat – wskazuje Maciej Kempa.

Zgodnie z polskim prawem osoba zatrudniona na podstawie umowy o pracę na pełny etat, przychodząc do pracy pięć razy w tygodniu przepracowuje w miesiącu łącznie 160 godzin. Liczba godzin spędzanych na dyżurach przez ratowników oznacza, że w pracy przebywają w miesiącu tyle, co nawet kilku pracowników etatowych razem wziętych.

- Moje dzieci mają 5 i 9 lat, przegapiłem najpiękniejsze lata ich życia, ponieważ byłem w pracy. Moim rekordem jest przepracowane 485 godzin – mówi Michał Soniewski.

- Jeżeli nie obstawi się dyżuru, to nakładana jest kara umowna. To dwukrotność tego, co byśmy zarobili podczas dyżuru. Jak nie było kogoś godzinę, to trzeba zapłacić za dwie – tłumaczą ratownicy.

- Chcemy pracować tylko 160 godzin i koniec i kropka. A jeżeli ma być powyżej, to dyrekcja powinna nas zapytać, czy tego chcemy – mówi Soniewski.

Podwyżki tylko dla etatowców

Punktem zapalnym protestu okazało się wprowadzenie siatki płac.

Od 1 lipca w życie weszły podwyżki płac w służbie zdrowia. Jednak zyskali na tym tylko ratownicy medyczni zatrudnieni na etacie. Wzrost wynagrodzeń nie objął natomiast ratowników zatrudnionych na podstawie umów cywilno-prawnych, czyli tak zwanych kontraktów.

- Chcemy, by stawka godzinowa była adekwatna do tego, jaką mają pracownicy etatowi. Oczywiście z włączeniem dodatków, które oni mają, a my nie, czyli np. za noce i święta – wskazuje Michał Król.

„Nie posiadamy takich środków”

Co dyrekcja szpitala w Białymstoku zrobiła, żeby zatrzymać ratowników, którzy złożyli wypowiedzenia?

- Zaproponowaliśmy łączną, efektywną stawkę od 45,50 do 46,50 za godzinę brutto. Szacujemy, że ten ruch będzie rocznie kosztował ponad 3 mln zł. Część osób to zaakceptowała, natomiast około 100 osób nie udziela świadczeń w naszej firmie – mówi lek. med. Bogdan Kalicki, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białymstoku.

Dlaczego szpital nie wypłaci takich stawek, jak oczekują ratownicy?

- Odpowiedź jest bardzo prosta, nie posiadamy takich środków – zaznacza lek. med. Bogdan Kalicki.

Ciężka praca

Ratownicy przekonują, że ich praca wymaga ogromnego zaangażowania i niesie za sobą ogromne koszty np. rodzinne.

- Nasza praca jest ciężka, tym bardziej w okresie pandemii, kiedy jeździliśmy w tych, jak to niektórzy mówili – kosmicznych strojach. Godzinami siedzieliśmy z pacjentami w karetkach. Dopiero wtedy ludzie zaczęli dostrzegać, ile z siebie dawaliśmy – mówi Soniewski.

- Zacząłem, że tak brzydko powiem, sezon od 18-letnego chłopaka, który się utopił. To było trudne przeżycie. Młodzież płakała. Potem da się to jakoś w głowie ułożyć, ale trauma zostaje i jest dzielona z rodziną – mówi Paweł Zaworski, który w zawodzie ratownika medycznego pracuje od 13 lat.

Mężczyzna obecnie pełni dyżury w pogotowiu w miejscowości Krynki, oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od Białegostoku. Podobnie, jak w przypadku wielu innych ratowników, jego praca mocno wpływa na życie rodzinne.

- W tej chwili mamy malutkie dziecko, żona jest tym mocno obciążona, a ja nie mogę przyjść, często nie ma mnie w nocy. Moja najstarsza córka powiedziała mi, wprost, że nie chce iść do szkoły, bo pani będzie pytała, gdzie dzieci były na wakacjach, a myśmy nigdzie nie byli ze względu na pracę – mówi pan Paweł.

- Większość z nas wolałaby pracować na etacie. Tak naprawdę trzeba skończyć z tą patologią, która jest w Polsce. Patologią kontraktów medycznych – uważa Zaworski. I dodaje: - Owszem, niektórzy decydują się na kontrakty świadomie i godzą się na to, wręcz tego chcą. Ale z tych 130 ratowników [z Białegostoku – red.] gwarantuję, że ponad 70 proc., a może 90 proc. przeszłoby na etat ze względu chociażby na opiekę, którą musi roztoczyć pracodawca nad pracującym. My w tej chwili, jeżeli coś się nam stanie, zostajemy sami na lodzie.

Ratownicy podkreślają, że jeśli zachorują umowy są tak skonstruowane, że muszą sami znaleźć zastępstwo. Jeśli nie znajdą, to zmuszeni są do zapłacenia kary umownej.

Rok temu, po jednym z dyżurów u Tomasza Lazuka, ratownika medycznego z Białegostoku, zdiagnozowano uszkodzenie nerki. Choć mężczyzna dostał skierowanie do leczenia szpitalnego, to kierownictwo pogotowia, jak twierdzi miało nakazać panu Tomaszowi stawienie się na dyżurze.

- Zastosowano wobec mnie pewnego rodzaju przymus. Nie pozwolono mi wziąć wolnego, bo brakowało kadry – mówi mężczyzna i dodaje łamiącym się głosem: - 20 lat pracuję w pogotowiu, ale wtedy poczułem się jak zużyta szmata. Człowiek dla pracy wiele poświęcił. Poświęcił swoją rodzinę. Jest mi przykro.

Białostocki szpital w ubiegłym roku zaoszczędził 4,5 mln zł. Dlaczego nie wyda tej kwoty na podwyżki dla ratowników?

- Właśnie z tego finansujemy podwyżki. Do grupy 155 osób adresujemy ponad 3 mln zł, a ich oczekiwania wynoszą około 10 mln zł. A, co z pozostałymi? Muszę mieć na uwadze cały personel i funkcjonowanie całego zakładu – mówi lek. med. Bogdan Kalicki.

- Chcemy robić dobre ratownictwo w Polsce, a zmęczony ratownik, to zły ratownik – kwituje Michał Król.

Dodaj komentarz