Krzysztof Jaryczewski, Jary, to człowiek po przejściach. Po wielu latach wyniszczającego życia rockmana, trzech małżeństwach i przeszczepie wątroby, chce - jak sam mówi - się ustabilizować. Jego wybranka, Hanna Wdowiak, ma już gotową suknię ślubną, wybrali także obrączki.

- Myślę, że tym razem jest inaczej. Jeżeli dojdzie do ślubu, to będzie to pierwszy ślub na trzeźwo! - mówi. A ona wspomina, kiedy doszło do ich pierwszego spotkania. - Poznaliśmy się, gdy miałam 15 lat, na koncercie. Stałam sobie pod płotem i przyszedł perkusista, przyprowadził mnie do garderoby i tak poznałam Krzysztofa - opowiada. Po kilku latach zobaczyli się ponownie. - Spotkaliśmy się w kawiarni, gdy miałam 18 lat. To było krótko po rozwodzie z jego pierwszą żoną. On wtedy strasznie pił - mówi Hanna Wdowiak. - Namawiał mnie na jakąś imprezkę, chciał mnie wyrwać. A ja miałam wizję, że wyląduję na jakiejś melinie i wrócę do domu za tydzień. Powiedziałam, że nie pójdę - mówi. Zaraz potem wyjechała z kraju i przez 30 lat nie słyszała ani o Oddziale Zamkniętym, ani o Krzysztofie Jaryczewskim.

"On cały czas był na haju"

Krzysztof Jaryczewski był założycielem i pierwszym wokalistą Oddziału Zamkniętego. Od 1979 roku grupa biła rekordy popularności ich piosenki śpiewała cała Polska.

- Byłem bardzo utalentowanym muzykiem, dopóki nie zacząłem grać z Oddziałem - żartuje kolega Jarego z zespołu Krzysztof Zawadka, który także ma ksywę "Jary Oz". - Byliśmy w totalnym matriksie. Tłumy ludzi czekały pod hotelem, w pokojach - wspomina czasy tej ogromnej popularności zespołu. - Nie wszystko rejestrowałem, co się dzieje. Zawsze spałem w wannie, bo u mnie spało kilka osób, fanów, udostępniałem im łaskawie swój pokój. Ja byłem bardzo gościnny chłopak z Mokotowa - opowiada i dodaje, że z tego powodu, przy okazji jednego z wyjazdów na koncert do Krakowa, zespołu nie chciał przenocować żaden hotel w mieście.

- Miałem takie zdanie o Jaryczewskim, że on po prostu wygląda jak narkoman. On cały czas był na haju. Po jakimś czasie okazało się, że momentów, gdy on nie brał, nie było - mówi Andrzej Potęga, pseudonim... Jary Oz, także kolega z zespołu i przyjaciel Krzysztofa Jaryczewskiego. - Jeżeli nie pił, to brał takie ilości leków, że miał inne, odmienne stany świadomości - wspomina. Jak twierdzi, pół Polski próbowało go wyciągnąć z dna, na którym się znalazł, ale było to bezskuteczne. - W pewnym momencie też już go pochowałem - przyznaje Potęga.

Sześć lat po utworzeniu Oddziału Zamkniętego Jaryczewski stracił głos i odszedł z zespołu. - To miało swoje dobre strony, bo wróciłem do instrumentu. Ja chciałem zawsze być gitarzystą! - mówi artysta. Jak twierdzi, wokalistą został tylko dlatego, że nie miał kto w zespole śpiewać. I chociaż w zespole nie gra już od lat, to dziś przyznaje, że ten rozdział jego życia chyba już nigdy się nie skończy.

"Żyłem w iluzji"

- Życie rockandrollowe, alkohol, narkotyki, leki, wirus C w wyniku różnych niebezpiecznych, destrukcyjnych zachowań, później rak wątroby - mówi artysta o tym, jak wyniszczał swój organizm. To właśnie przez chorobę nowotworową Krzysztof Jaryczewski przeszedł niedawno przeszczep wątroby.

- Od wielu lat prowadzi zdrowy tryb życia. Wynikło to po 20 latach od jego zaprzestania życia rockandrollowego - mówi córka Krzysztofa Jaryczewskiego Maja, która mieszka z ojcem w Sopocie. Jak twierdzi, gdy jej mama tylko zaszła w ciążę, ojciec uspokoił się, rzucił wszystko.

- Krzysiek musi brać leki antyodrzutowe o 8 rano i o 20. Śniadanie robię ja, chociaż czasami dostaję śniadanie do łóżka. Dużo spacerujemy - opowiada o ich wspólnym życiu Hanna Wdowiak.

Krzysztof Jaryczewski gra, komponuje, tworzy, a gdy wychodzi na scenę, czuje się zupełnie inaczej niż za dawnych lat. - Przeżywam świadomie to, co dzieje się na scenie. Słyszę, co inni grają, słyszę siebie, widzę ludzi. Kiedyś byłem tego pozbawiony, żyłem w iluzji - mówi Krzysztof Jaryczewski.