Rok temu państwo Dębscy, z pomocą rodziny, kupili okazyjnie niewielkie, dwupokojowe mieszkanie na jednym z łódzkich osiedli.  To była inwestycja z myślą o dorastającej córce. Tuż po zakupie zdecydowali się jednak wynająć mieszkanie, bo zmuszała ich do tego trudna sytuacja, w której się znaleźli. Teraz zostali bez mieszkania do wynajmu, bez pieniędzy, które mogliby na nim zarobić, a także z kosztami - muszą bowiem utrzymywać dostawy mediów do mieszkania, które zajmują dzicy lokatorzy.

Drogie utrzymanie najemców

Pani Dorota choruje na raka, a do tego małżeństwo wychowuje córkę z autyzmem i na co dzień muszą ponosić wysokie koszty rehabilitacji.

- Doszliśmy do wniosku, że wynajmiemy to mieszkanie za normalną kwotę - wspomina pani Dorota, a pan Waldemar dodaje, że nie dali ogłoszenia sami, ale zaczęli przeglądać ogłoszenia osób, które poszukują dla siebie lokalu. - Był numer jakiejś pani z dzieckiem. Żona zadzwoniła, okazało się, że ta pani już znalazła dla siebie, ale jej znajomi szukają - opowiada.

Gdy państwo Dębscy nawiązali kontakt z tymi osobami, okazało się, że bardzo zależy im na czasie. - Żona odbierała po pięć-sześć telefonów dziennie. Byli bardzo zdesperowani - mówi pan Waldemar. Małżeństwo postanowiło pójść swoim nowym najemcom na rękę i pozwolić im wprowadzić się do lokalu dzień przed planowanym terminem. - Przekazaliśmy ludziom klucze, wstępnie się dogadaliśmy, jak to ma wyglądać i przyszliśmy do dzieci - opowiada pan Waldemar i przyznaje, że nie zdążyli podpisać dokumentów ze swoimi najemcami.

Mimo braku umowy, Dębscy - uznając, że ustne porozumienie jest ważne - od każdej należnej opłaty za wynajmowane mieszkanie odprowadzali podatek. Płacili także za prąd i gaz, oraz odprowadzali czynsz za lokal. Trwało to dwa miesiące. Potem najemcy przestali płacić za mieszkanie. Od trzech miesięcy pani Dorota próbuje odzyskać należące się jej pieniądze.

Za każdym razem jednak, kiedy przychodzi do mieszkania albo dzwoni do swoich najemców, ci zbywają ją albo wzywają policję. Jak mówił w czasie jednego ze spotkań wynajmujący od Dębskich mieszkanie mężczyzna, małżeństwo zachowuje się "poniżej krytyki" i "za wszelką cenę chce pieniędzy". Jak zapowiada, wyprowadzi się, kiedy będzie miał taką możliwość, nie wyklucza, że może nastąpić to nawet za pięć lat. Według niego nie ma zasad, które nakazywałyby płacić za mieszkanie, albo się wyprowadzić.

- Kto w ogóle wymyślił sobie coś takiego, że jak nie, to powinien się wynieść? Pierwsze słyszę - mówi w czasie spotkania z Dorotą Dębską.

Miały chronić uczciwych

- Jestem w stanie zrozumieć rozgoryczenie właścicieli, którzy bardzo często nie mają wpływu na to, co się z tym lokalem dzieje. Nie mają też wpływu na zadłużenie, które następuje w przypadku osób, które wynajmują taki lokal, a nie płacą - mówi Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. - Okazuje się, że właściciel ma mniejsze prawa, niż osoba wynajmująca - przyznaje.

Taką ochronę najemcy zagwarantowała zmieniona w ubiegłym roku ustawa, która ma chronić lokatorów przed tak zwanymi "czyścicielami kamienic". Za zmuszanie  lokatora do opuszczenia mieszkania grożą nawet trzy lata więzienia. Taką korzystną dla najemców zmianę przepisów proponował między innymi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Jak tłumaczy Kamila Dołowska z Biura RPO, chodziło o to, by uniknąć samosądów. - Nie zawsze mamy do czynienia z taką sytuacją, że były lokator to jest osoba, która naciąga tego właściciela. Bardzo często jest to osoba, która nie ma się dokąd wyprowadzić - twierdzi i dodaje, że odcinając prąd czy wymontowując drzwi od mieszkania, właściciel decyduje o bezpieczeństwie lokatorów. - Nie może być tak, żeby ocenę sytuacji i decyzję o tym, żeby stosować środki przymusu, były pozostawionej w rękach jednej ze stron, która jest żywo zainteresowana, żeby takich lokatorów się pozbyć - tłumaczy Kamila Dołowska z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich

"Pani mąż nie będzie pracował"

Nowe prawo niemal całkowicie związało ręce państwa Dębskich. Najemców nie można było wyprowadzić z mieszkania, a ich utrzymanie spoczęło na barkach właścicieli, których nie stać na ponoszenie takich kosztów.

Gdy państwo Dębscy postanowili zmniejszyć koszty i zerwać umowy na dostawy prądu i gazu, skończyło się doniesieniem na policję, a potem groźbami. - Mogę tylko panią poinformować, że rozważam dwie opcje. Albo pójdę za ciosem Europy i uchodźcom to podnajmę, ewentualnie Romowie. Cyganie, popularnie mówiąc. To są moje plany co do tego mieszkania - mówi mężczyzna na jednym z nagrań z ukrytej kamery. Informuje też, że wybiera się na policję złożyć doniesienie na pana Waldemara, który przez to straci pracę policjanta. - Pani mąż nie będzie pracował. Jak pani mąż straci pracę, to będę pracował nad tym, że coś innego jeszcze pani straci - mówi otwarcie.

Po tym spotkaniu pani Dorota złożyła na policji zawiadomienie o groźbach ze strony najemcy. Wynajęła też do prawnika, który ma pomóc małżeństwu odzyskać mieszkanie. Informuje go też o każdej rozmowie z najemcą. Sprawa, jaka czeka ich teraz w sądzie, nie zakończy się prędko. - Prawnik nam mówi o dwóch-trzech latach - mówi Waldemar Dębski.